|
Monsun
Wylądowaliśmy na lotnisku w Bombaju jeszcze w nocy. Kiedy wyszłam z tunelu łączącego samolot z terminalem uderzyła mnie fala dusznego i gorącego powietrza. Pomyślałam wtedy, że właśnie tak będzie tutaj – w Indiach. Jednak pomyliłam się. Indie przywitały mnie deszczem, wilgotną bryzą i umiarkowaną temperaturą. Monsun w tym roku był wyjątkowo intensywny, ulice w czasie najbardziej ulewnych dni zamieniały się w rwące potoki, obuwie przestało schnąć. Należało się przyzwyczaić do nieustającego poczucia wilgoci stóp – to w najlepszym wypadku, w najgorszym – do regularnego brodzenia w wodzie po kostki, zachlapanych nogawek spodni i ręki nieustannie zajętej noszeniem parasolki. Monsun zelżał dopiero w połowie miesiąca i kiedy wydawało się, że możemy się zacząć przyzwyczajać do słońca i większej dawki światła w ciągu dnia, deszcz znowu lunął z całą siłą. Rozpadało się na cały dzień i od tamtej pory jest coraz więcej słońca i nawet pranie zaczyna schnąć.
Pierwsze wrażenia i droga do Puny
Dokładnie pamiętam też pierwsze obrazy, które towarzyszyły gorącu,
jakie mnie zalało zaraz po wyjściu z samolotu. To, co mnie w tym
uderzyło, towarzyszy mi cały czas, kiedy wychodzę na ulicę i przyglądam
się tym Indiom, jakie mnie otaczają. Przy przejściu dla podróżnych
stało dwóch skromnie ubranych mężczyzn, na stoliku obok stał komputer z
naprawdę starym monitorem zamkniętym w dość obitej blaszanej skrzynce z
szybką. Był tam też sfatygowany wiatrak. Mężczyźni spoglądali obojętnym
wzrokiem na przechodzących pasażerów. Kilka kroków dalej, korytarz
gwałtownie zmieniał charakter z obskurnego na nowoczesny. Znalazłam się
w świeżo wyremontowanym holu lotniska, gdzie czekała mnie odprawa. Po
odprawie odbiór bagażu i jeszcze jedna jego kontrola, nie wiedzieć
czemu służąca, skoro bagaż był i tak prześwietlony przed załadunkiem do
samolotu.
Na zewnątrz lotniska panował jeszcze mrok, który gwałtownie zmienił się
w dzień, kiedy jechaliśmy już do Puny. Mijaliśmy biedne przedmieścia
Bombaju, centrum, wszystko jeszcze jakby nie rozbudzone po nocy. Nie
miałam, więc okazji dotknąć w mieście tego, co jest dla mnie sednem
Indii. Już poza miastem nieposkromione pulsowanie i różnorodność
właściwa temu światu zaczęły dawać o sobie znać. Autostrada wiła się
między zielonymi i bujnie porośniętymi roślinnością wzgórzami. Wysoko,
fragmenty skał wyglądały jak przykryte zielonym aksamitem i przepasane
gdzie niegdzie wstęgą obficie spływającej wody. Strumienie w stromych
miejscach zmieniały się w wodospady. Spośród samochodów, które
mijaliśmy przyciągnęły moją uwagę stare ciężarówki barwnie pomalowane
we wzory i obrazy, których nie powstydziłby się niejeden uznany
prymitywista. Kwiaty, wazony, wymyślnie stylizowane litery – prawdziwa
uczta dla oka na samym środku drogi szybkiego ruchu. Choć o prawdziwie
szybkim ruchu trudno w Indiach mówić, bo ulica indyjska rządzi się
jednym prawem, którym jest kompletny brak reguł.
Ulice w Indiach
Na pierwszy rzut oka panuje tam kompletny chaos, jednak po bliższym
przyjrzeniu widać, że ten system działa, a zatem można nauczyć się w
nim funkcjonować. Kierowcy nieustannie trąbią i na początku traktowałam
tę ich nadmierną inicjatywę jako sposób bycia, a w ogólnym rozrachunku
jako melodię ulicy, która po pierwszym dniu przeszła do strefy szumu
tła i przestała zwracać w ogóle moją uwagę. Po jakimś czasie jednak
zaobserwowałam, że użyciem klaksonu rządzą pewne prawidłowości. Hindusi
używają go mianowicie, gdy nie mają pewności, że inni użytkownicy drogi
zdają sobie sprawę z ich obecności albo manewru, który mają zamiar
wykonać. Robią to mimo, że zagrożenie związane z manewrem jest niemal
żadne, albo wszystko wskazuje na to, że przechodzień słyszy, bądź widzi
zbliżający się pojazd. Ponadto klakson jest próbą sił – a nóż inny
kierowca słysząc go ustąpi miejsce na drodze i nie trzeba będzie
manewrować, żeby go wyminąć lub wyprzedzić.
W mieście w godzinie szczytu ulica przypomina wartką rzekę, pojazdy
zlewają się w jeden strumień. Żeby ją przekroczyć trzeba się zwyczajnie
zanurzyć w jej nurt – wejść pomiędzy pojazdy, pomimo, że początkowo
wydaje się, że jest to niebezpieczne. Wejście na ulicę jest wyraźnym
znakiem, że chce się przejść, kierowcy reagują na ten sygnał, choć
dochodzi często do próby sił, o której pisałam wyżej. Prędkość, z jaką
poruszają się pojazdy jest na tyle niewielka, że wystarczy czasu na
wyminięcie przechodnia, bądź zahamowanie.
Jazda rikszą stała się dla mnie fascynującą przygodą. Z rzadka mija się
samochód, natomiast można natknąć się na spacerującego wielbłąda,
konia, lub słonia. Porywające jest dla mnie poruszanie się w takiej
bliskości i różnorodności innych pojazdów, które są oblepione ludźmi,
jak kiśćmi winogron. Pojedynczo jeżdżą chyba tylko rowerzyści, choć i
tak nie zawsze. Wszelkie inne pojazdy wiozą więcej niż jednego
pasażera, skutery często nawet kanapkę złożoną z taty za kierownicą,
który trzyma na kolanach dziecko, następnie za nim siedzi drugie
dziecko a potem mama – koniecznie w sari.
Refleksje o Hindusach
Długo zastanawiałam się, dlaczego czuję się na indyjskiej ulicy
pozbawionej reguł tak bezpiecznie. Właściwie to poczucie bezpieczeństwa
towarzyszy mi cały czas, nawet w sytuacjach starcia z natarczywością
sprzedawców pamiątek, czy żebrzących dzieci. Jednym słowem odbieram
Indie jak miejsce, w którym nie przychodzi mi na myśl, żaden akt
agresji i przemocy skierowany w moją stronę. Dlaczego tak jest, choć
zdrowy rozsądek podpowiada, że tak być nie musi i nawet w
społeczeństwie najłagodniejszych ludzi znajdą się przestępcy. Chodziłam
jakiś czas z tym pytaniem w głowie i w końcu znalazłam odpowiedź w
spojrzeniu, które prawie zawsze mi towarzyszy.
Mnóstwo Hindusów, bez specjalnego zajęcia zwyczajnie siedzi na ulicy,
przed domem, albo stoi w grupie sączących czaj serwowany na każdym
niemal rogu ulicy. Hindusi nie stoją samotnie. Tak jak zbiorowo
podróżują tak też piją, jedzą i przyglądają się otaczającemu ich
światu. Bardzo mu się przyglądają i robią to zawsze zanim podejmą się
jakiegokolwiek działania. Pomijam tu sytuacje, w których działają jak
automat, takie jak natarczywość związana ze sprzedażą pamiątek, czy
namolność dzieci, które chcą cukierka. Chodzi mi raczej o ich normalny
sposób reagowania na świat i w tym na drugiego człowieka.
W reakcjach, które obserwuję dookoła uderza mnie łagodność i – jak już
pisałam wcześniej – długo tę obserwację poddawałam krytycznemu osądowi
dopatrując się w niej naiwnego stereotypu. Ta łagodność to nic innego
tylko różnica, jaką każdy mieszkaniec Zachodniej części świata
dostrzega w kontakcie z drugim człowiekiem i nie ma tu znaczenia czy to
jest rikszarz, który nie mówi po angielsku i kontakt z nim ogranicza
się do podania mu celu podróży, czy zaczepiony pytaniem o ulicę
przechodzień, albo sprzedawca w sklepie. Wszyscy oni, a mówiąc
ostrożniej – ci, których spotkałam – nie reagują, a raczej – ich
reakcja jest zupełnie inna niż ta, z która spotykamy się na Zachodzie.
Kiedy ktoś na ulicy zachodniego miasta nas potrąci albo my jego,
reakcja jest natychmiastowa, jakby była w nas zanim doszło do zderzenia.
Hindusi na takie zdarzenie nie reagują, bo nie zwracają na nie uwagi,
lub ich reakcja poprzedzona jest zbadaniem sytuacji. Zupełnie jakby
wytrąceni ze swojego normalnego stanu, w którym zazwyczaj tkwią –
pogrążenia gdzieś głęboko w sobie – potrzebują chwili żeby dojść do
drzwi i je otworzyć a następnie zobaczyć, kto za nimi stoi. Jakby nie
mieli niczego w zanadrzu, byli zupełnie nieprzygotowani na tę
niespodziewaną wizytę. W świetle tej obserwacji nie dziwi nadużywanie
klaksonów. Wszak, skoro każdy Hindus, lub większość z nich, tkwi w
czeluściach swojej własnej osoby, istnieje niebezpieczeństwo, że w porę
nie zdąży zareagować na to, co dzieje się na ulicy. Zatem trzeba go na
wszelki wypadek ostrzec trąbieniem. |