Przyjazd do Indii Drukuj
Autor: Katarzyna Pilorz   

Monsun

Image    Wylądowaliśmy na lotnisku w Bombaju jeszcze w nocy. Kiedy wyszłam z tunelu łączącego samolot z terminalem uderzyła mnie fala dusznego i gorącego powietrza. Pomyślałam wtedy, że właśnie tak będzie tutaj – w Indiach. Jednak pomyliłam się. Indie przywitały mnie deszczem, wilgotną bryzą i umiarkowaną temperaturą. Monsun w tym roku był wyjątkowo intensywny, ulice w czasie najbardziej ulewnych dni zamieniały się w rwące potoki, obuwie przestało schnąć. Należało się przyzwyczaić do nieustającego poczucia wilgoci stóp – to w najlepszym wypadku, w najgorszym – do regularnego brodzenia w wodzie po kostki, zachlapanych nogawek spodni i ręki nieustannie zajętej noszeniem parasolki. Monsun zelżał dopiero w połowie miesiąca i kiedy wydawało się, że możemy się zacząć przyzwyczajać do słońca i większej dawki światła w ciągu dnia, deszcz znowu lunął z całą siłą. Rozpadało się na cały dzień i od tamtej pory jest coraz więcej słońca i nawet pranie zaczyna schnąć.



Pierwsze wrażenia i droga do Puny

    Dokładnie pamiętam też pierwsze obrazy, które towarzyszyły gorącu, jakie mnie zalało zaraz po wyjściu z samolotu. To, co mnie w tym uderzyło, towarzyszy mi cały czas, kiedy wychodzę na ulicę i przyglądam się tym Indiom, jakie mnie otaczają. Przy przejściu dla podróżnych stało dwóch skromnie ubranych mężczyzn, na stoliku obok stał komputer z naprawdę starym monitorem zamkniętym w dość obitej blaszanej skrzynce z szybką. Był tam też sfatygowany wiatrak. Mężczyźni spoglądali obojętnym wzrokiem na przechodzących pasażerów. Kilka kroków dalej, korytarz gwałtownie zmieniał charakter z obskurnego na nowoczesny. Znalazłam się w świeżo wyremontowanym holu lotniska, gdzie czekała mnie odprawa. Po odprawie odbiór bagażu i jeszcze jedna jego kontrola, nie wiedzieć czemu służąca, skoro bagaż był i tak prześwietlony przed załadunkiem do samolotu.

    Na zewnątrz lotniska panował jeszcze mrok, który gwałtownie zmienił się w dzień, kiedy jechaliśmy już do Puny. Mijaliśmy biedne przedmieścia Bombaju, centrum, wszystko jeszcze jakby nie rozbudzone po nocy. Nie miałam, więc okazji dotknąć w mieście tego, co jest dla mnie sednem Indii. Już poza miastem nieposkromione pulsowanie i różnorodność właściwa temu światu zaczęły dawać o sobie znać. Autostrada wiła się między zielonymi i bujnie porośniętymi roślinnością wzgórzami. Wysoko, fragmenty skał wyglądały jak przykryte zielonym aksamitem i przepasane gdzie niegdzie wstęgą obficie spływającej wody. Strumienie w stromych miejscach zmieniały się w wodospady. Spośród samochodów, które mijaliśmy przyciągnęły moją uwagę stare ciężarówki barwnie pomalowane we wzory i obrazy, których nie powstydziłby się niejeden uznany prymitywista. Kwiaty, wazony, wymyślnie stylizowane litery – prawdziwa uczta dla oka na samym środku drogi szybkiego ruchu. Choć o prawdziwie szybkim ruchu trudno w Indiach mówić, bo ulica indyjska rządzi się jednym prawem, którym jest kompletny brak reguł.


Ulice w Indiach


Image    Na pierwszy rzut oka panuje tam kompletny chaos, jednak po bliższym przyjrzeniu widać, że ten system działa, a zatem można nauczyć się w nim funkcjonować. Kierowcy nieustannie trąbią i na początku traktowałam tę ich nadmierną inicjatywę jako sposób bycia, a w ogólnym rozrachunku jako melodię ulicy, która po pierwszym dniu przeszła do strefy szumu tła i przestała zwracać w ogóle moją uwagę. Po jakimś czasie jednak zaobserwowałam, że użyciem klaksonu rządzą pewne prawidłowości. Hindusi używają go mianowicie, gdy nie mają pewności, że inni użytkownicy drogi zdają sobie sprawę z ich obecności albo manewru, który mają zamiar wykonać. Robią to mimo, że zagrożenie związane z manewrem jest niemal żadne, albo wszystko wskazuje na to, że przechodzień słyszy, bądź widzi zbliżający się pojazd. Ponadto klakson jest próbą sił – a nóż inny kierowca słysząc go ustąpi miejsce na drodze i nie trzeba będzie manewrować, żeby go wyminąć lub wyprzedzić.

    W mieście w godzinie szczytu ulica przypomina wartką rzekę, pojazdy zlewają się w jeden strumień. Żeby ją przekroczyć trzeba się zwyczajnie zanurzyć w jej nurt – wejść pomiędzy pojazdy, pomimo, że początkowo wydaje się, że jest to niebezpieczne. Wejście na ulicę jest wyraźnym znakiem, że chce się przejść, kierowcy reagują na ten sygnał, choć dochodzi często do próby sił, o której pisałam wyżej. Prędkość, z jaką poruszają się pojazdy jest na tyle niewielka, że wystarczy czasu na wyminięcie przechodnia, bądź zahamowanie.

    Jazda rikszą stała się dla mnie fascynującą przygodą. Z rzadka mija się samochód, natomiast można natknąć się na spacerującego wielbłąda, konia, lub słonia. Porywające jest dla mnie poruszanie się w takiej bliskości i różnorodności innych pojazdów, które są oblepione ludźmi, jak kiśćmi winogron. Pojedynczo jeżdżą chyba tylko rowerzyści, choć i tak nie zawsze. Wszelkie inne pojazdy wiozą więcej niż jednego pasażera, skutery często nawet kanapkę złożoną z taty za kierownicą, który trzyma na kolanach dziecko, następnie za nim siedzi drugie dziecko a potem mama – koniecznie w sari.


Refleksje o Hindusach

Image    Długo zastanawiałam się, dlaczego czuję się na indyjskiej ulicy pozbawionej reguł tak bezpiecznie. Właściwie to poczucie bezpieczeństwa towarzyszy mi cały czas, nawet w sytuacjach starcia z natarczywością sprzedawców pamiątek, czy żebrzących dzieci. Jednym słowem odbieram Indie jak miejsce, w którym nie przychodzi mi na myśl, żaden akt agresji i przemocy skierowany w moją stronę. Dlaczego tak jest, choć zdrowy rozsądek podpowiada, że tak być nie musi i nawet w społeczeństwie najłagodniejszych ludzi znajdą się przestępcy. Chodziłam jakiś czas z tym pytaniem w głowie i w końcu znalazłam odpowiedź w spojrzeniu, które prawie zawsze mi towarzyszy.

    Mnóstwo Hindusów, bez specjalnego zajęcia zwyczajnie siedzi na ulicy, przed domem, albo stoi w grupie sączących czaj serwowany na każdym niemal rogu ulicy. Hindusi nie stoją samotnie. Tak jak zbiorowo podróżują tak też piją, jedzą i przyglądają się otaczającemu ich światu. Bardzo mu się przyglądają i robią to zawsze zanim podejmą się jakiegokolwiek działania. Pomijam tu sytuacje, w których działają jak automat, takie jak natarczywość związana ze sprzedażą pamiątek, czy namolność dzieci, które chcą cukierka. Chodzi mi raczej o ich normalny sposób reagowania na świat i w tym na drugiego człowieka.

Image    W reakcjach, które obserwuję dookoła uderza mnie łagodność i – jak już pisałam wcześniej – długo tę obserwację poddawałam krytycznemu osądowi dopatrując się w niej naiwnego stereotypu. Ta łagodność to nic innego tylko różnica, jaką każdy mieszkaniec Zachodniej części świata dostrzega w kontakcie z drugim człowiekiem i nie ma tu znaczenia czy to jest rikszarz, który nie mówi po angielsku i kontakt z nim ogranicza się do podania mu celu podróży, czy zaczepiony pytaniem o ulicę przechodzień, albo sprzedawca w sklepie. Wszyscy oni, a mówiąc ostrożniej – ci, których spotkałam – nie reagują, a raczej – ich reakcja jest zupełnie inna niż ta, z która spotykamy się na Zachodzie. Kiedy ktoś na ulicy zachodniego miasta nas potrąci albo my jego, reakcja jest natychmiastowa, jakby była w nas zanim doszło do zderzenia.

    Hindusi na takie zdarzenie nie reagują, bo nie zwracają na nie uwagi, lub ich reakcja poprzedzona jest zbadaniem sytuacji. Zupełnie jakby wytrąceni ze swojego normalnego stanu, w którym zazwyczaj tkwią – pogrążenia gdzieś głęboko w sobie – potrzebują chwili żeby dojść do drzwi i je otworzyć a następnie zobaczyć, kto za nimi stoi. Jakby nie mieli niczego w zanadrzu, byli zupełnie nieprzygotowani na tę niespodziewaną wizytę. W świetle tej obserwacji nie dziwi nadużywanie klaksonów. Wszak, skoro każdy Hindus, lub większość z nich, tkwi w czeluściach swojej własnej osoby, istnieje niebezpieczeństwo, że w porę nie zdąży zareagować na to, co dzieje się na ulicy. Zatem trzeba go na wszelki wypadek ostrzec trąbieniem.
 
następny artykuł »