Listy z Indii

Image

Niesamowici są ci Indianie, jest smacznie pysznie, kolorowo, gorąco i niemożebnie tanio! Internet po 50 gr za l h, luksusowy dom, który w pięć osób wynajmujemy w dobrej dzielnicy, kosztuje 125 $ od osoby ZA MIESIĄC. Z drugiej strony WSTRZĄSAJĄCA bieda. Zawszone dzieci zaczepiają mnie na każdym kroku... Słonie, wielbłądy czy małpy na ulicach to widok zwykły zwyczajny, o krowach nie wspominając. Wszystkie psy od jednej suki chyba???, koty są trzy na miliard ludzi, jeden mieszka z nami.

ImageZakochałam się w tym kraju z wzajemnością mam wrażenie. Rzeczy tu są jakby odarte z formy, sama treść... Hindusów oczy i twarze są niesamowite, robię mnóstwo portretów i zwiewnych kobiet motyli siedzących bokiem z tyłu motocykla. O kasku nikt tu nie słyszał, a każdy ma motor i trąbi ile wlezie, ot tak dla hecy.

Image
Widziałam Taj Mahal o wschodzie słońca, robi wrażenie, choć jak zobaczyłam lyengara, to wzruszyłam się do imentu... Człowiek formatu DżiPiTu, mówię Wam. Przepisałam na niego mieszkanie i samochód.
Żarcik taki.


Jest cudnie i pocudnia się z każdym dniem. Żaden kraj nie zrobił na mnie takiego wrażenia! Nawet 26 h podróż zatłoczonym pociągiem w upale, z myszami i karaluchami była niesamowita, bo każdy zagadywał jak/czym się dało, jedna pani po kilkunastu godzinach obserwacji i zadumy stwierdziła, że jestem bardzo podobna do jej córeczki. ImageMąż przytaknął. Oboje byli czarniejsi od węgla. Dali mi jakiś słodki anyż, zawinięty w gazetę, przytulili... Żułam go sobie do końca podróży i nie zwariowałam od przyklejania się do siedzeń i oparć... kolej transsyberyjska to wersal w porównaniu z sypialnym relacji Delhi-Pune.

Tydzień temu byłam u szewca, właściwie to mijałam go, bo przecież szewcy siedzą na chodnikach w baddha-konasanie. Skubany okazał się wykształconym, powiedział, że wyglądam „like movie star" i skasował mnie 100 (sto) razy więcej niż normalnie. Odpowiedziałam (najczystszą niemczyzną rzecz jasna): „nie ze mną te numery, Indianinie" i dałam mu trzydzieści razy więcej, niż ustawa przewiduje, czyli ok. 8 zł(równowartość 20 kg pomidorów). Był bardzo zawiedziony, prawie płakał, gdy mówił, że materiały ma bardzo drogie, wskazując na butapren. Scenkę rodzajową obejrzało ok. dwustu tysięcy przechodniów (na metr kwadratowy).

ImagePoza tym nie dzieje się nic. Czytam pod moskitierą, piję masala tea, chodzę na zajęcia (2 h zajęć + 3 h praktyki własnej + 2 h obserwacji klas medycznych dziennie i coraz bardziej wiem, że nic nie wiem), do biblioteki, knajpy, za to pani od masaży ajurwedyjskich przychodzi do mnie czasem, na godzinkę wpada, no czad... No może jeszcze wiatrak się zepsuł w nocy i było strasznie gorąco, a sąsiada znienacka pogryzły pchły. No może jeszcze się okazało, że te dwa psy, co z nami mieszkaj, są wegetarianami, może stąd ta ich lekka melancholia.

Wykończył mnie ten godzinny masaż z olejami wonnemi, co prawda drzemnęłam się potem godzinkę, potem jednak przesadziłam z dokładkami w pobliskiej knajpie i od tego trzeciego mangodżus ledwo mogę usiedzieć. Zaraz więc wracam poleżeć i dokończyć MAJTREJI Mircea Eliade, nawet niezłe, choć zdecydowanie wolę Tagore, którego skończyła byłam wczoraj. Jednym słowem tyrka, na szczęście w domku w ogrodzie mieszkają na kolorowo o trzy Hinduski. Starsze zajmują się sprzątaniem domu, młodsza od czasu do czasu coś nam ugotuje, bo do knajpy idzie się dobre 10 minut i czasem, wiecie rozumiecie, zwyczajnie po ludzku się nie chce...
ImageByłam w szoku, gdy się okazało, że dom MUSIELIŚMY wynająć z tym „serwisem". Naprawdę trudno było mi się pogodzić z faktem, że taka drobna bosa babuleńka w różowym sari sprząta nam łazienkę, nie wiem, jak się wtedy zachować. Głupio się uśmiecham, kłaniam i daję napiwki.
Może wiecie, jak co należy robić w takiej sytuacji? Droga Redakcjo, pomóż! Zrozpaczona Bogusia z Puny.

ImageSwoją drogą ciekawe, co miejscowi sadzą o nas. Zrobili nam zdjęcie na głównej ulicy Puny podczas zakupów - nazajutrz ukazało się ono w lokalnej gazecie z podpisem „tak wyglądają Polacy z Europy. Przyjechali specjalnie na nasz XX Pune Festival" czy coś w tym rodzaju. Pisałam, że robię dużo portretów? Nie wspomniałam, że mnie tu po prostu po ludzku pokazują sobie palcami, mimo iż chodzę w spódnicach, chustach i sandałach made in India (może to przez te okulary z Reserved?). ImageA jak ktoś ma komórkę, to bez pardonu cyka fotkę. Tylko jeden gruby Hindus zapytał, czy może sobie zrobić żonie zdjęcie ze mną. Zgodziłam się wielkodusznie, sądząc, iż znowu chodzi o mój nochal profil, ale zrobił an face z butami. Ja też zrobiłam, za zgodą maharadży, sobie zdjęcie z żoną, z żoną sięgającą mi do obojczyka (on tak gdzieś do ucha skroni). Pięknie wyszło, korzystnie.

ImageKursy znaczków zmieniają się co tydzień. Budynek poczty zdaje się być nieremontowanym, odkąd kolonizatorzy najpierw go wznieśli, aby potem nie bez żalu zdaje się opuścić. Poproszę dziesięć znaczków do Europy. Do Europy? yyy... Załamał się etatowy pracownik, rzucił rozczarowane spojrzenie i poszedł się skonsultować. Piętnaście rupii. Proszę. Tydzień później były po osiem, za dwa, po dyskusji panelowej, cenę ustalono na rupii dwanaście. Mogę mówić o szczęściu, bo koleżanka na poczcie głównej płaciła dwadzieścia, no ale wiadomo, to w centrum. Jak znam Indie, wszystkie ceny są prawdziwe. ImageZadałam też pytanie o paczkę do Polski. Odpowiedź trwała pół godziny, bo książki inaczej się wysyła niż pozostałe rzeczy. Trzeba było sprawdzić w szufladzie i w okienku obok, no ciężko było... Drugie, niepotrzebne pytanie brzmiało: jak długo paczka płynie? Pan długo patrzył mi w oczy, wzdychał ciężko sapał, by w końcu odrzec: piptin dejs. Piptin? Piptin. Wtedy dopiero dotarło do mnie, że przesadziłam i że powinnam już sobie pójść... Na głównej powiedzieli, że trzy miesiące.

Pisałam, że hałas? No to nie byłam zorientowana, przepraszam. Bo dopiero teraz (zupełnie jak w tym żydowskim dowcipie), podczas dwóch tygodni festiwalowych i święta Ganeszy, ustawiono ołtarze ze słoniem i trąbą i taka muza z nich wali, naprawdę wali, na ful na wciąż, ludzie tańczą jakby w transie, na każdym rogu rondzie, iż pomału zaczynam rozumieć, dlaczego joga narodziła się tu właśnie... Według danych z ubiegłorocznego przewodnika Lonely Planet, ponad 40% ludności Indii żyje w mieszkaniach jednopokojowych; w jednym z nich podczas wizji lokalnej stwierdziłam poduszkę do medytacji pod ścianą przy szafie za regałem.

ImageJest pół po piątej, czyli half past five. Warte zapamiętania, bo pytanie o godzinę pada co pół godziny (nb. różnica czasu wynosi 3,5 h do przodu). Na początku się wysilałam i wyjmowałam komórkę, teraz ze śmiechem odpowiadam „half past five" i każdy wie, o co chodzi. Bo ja też kocham tych Indian.

 



ImageKąpałam się w Oceanie Indiańskim i deszczu, i tak do zachodu słońca. Potem przypływ, odpływ, potem małpy jadły mi z ręki, fiordy naturalnie też. Dziwnie dziwnie, gdy zwierzę bierze orzeszka z ręki do ręki i dopiero do buzi... Indie są bardzo skrajne radykalne. Jak miasto, to dom na domu, beton beton blok blok, a jak plaża, to pustkowie, zieleń zielona, samotna huśtawka na piasku, cisza, i tylko huk oceanu, wycie monsunu i cyk cykad, nad ranem wiatr słabnie i słychać wrzask ptaszysk.


Nad ranem wchodzę do łazienki, a tam jaszczurka. Uciekłyśmy obie.

ImageWracaliśmy nocą siedem godzin przez góry. Wcześniej podejrzewałam, że nasz kierowca, wiozący trzech półnagich białych, jest z Al-Kaidy i za chwilę wykona salto mortale ku wiekuistej chwale, ale nie. Po prostu TAK TU JEST: jazda bez świateł albo tylko na awaryjnych (no kto nie lubi sobie w nocy pomrugać, kto?), wyprzedzanie pod górę na zakręcie, klakson gaz klakson hamulec klakson gaz klakson klakson, że w końcu zasnęłam na tylnym siedzeniu. Gdy się obudziłam, już dojeżdżaliśmy i to na światłach. Na długich, ma się rozumieć.

Poza tym nie dzieje się nic. No może tylko się okazało, że ojciec właścicielki domu jest zaratustraninem, a jego małżonka wyznania hinduistycznego. Niespotykanie zgodne małżeństwo. Czasem wpadają do nas na obiad, który sami sobie gotują przy pomocy służby. Duży obiad, bo ciotki i kuzynostwo też wpadają. Tzn. raz wpadli wszyscy, na początku festiwalu. Mówią, że lubią się tak pospotykać rodzinnie w czas festiwali, na elegancko znaczy. Trochę byliśmy zaskoczeni, że tak bez pukania do naszego domu, ale tak tu jest. I tak jest dobrze, wierzcie mi.

„Prawdziwy Indianin to kinomaniImagen" - takie na murach wrzutki wrzucam od tygodnia, w sumie lubię to. Albowiem dla Indianina siedzenie w kinie do sól życia. Nie dla każdego, tylko dla prawdziwego, gdyż jednakowoż bilet kosztuje 140Rs vs. miesięczna pensja różowej babuleńki l000Rs.
ImageUdało się wreszcie dostać bilety, w środku tygodnia na nocny seans dwuipółgodzinny (jak to się pisze? Odkąd przeszłam na hindi, mam problemy z rodzimym, wstyd!). A publiczność festiwalowa: klaszcze, komentuje, się śmieje i krzyczy ze strachu, bo to horror był historyczny pt. 1920. Komedia też, z tym że to okazało się dopiero po kolaudacji. Publiczność ma jednak i ciemne oblicze: siorbie, chrupie, beka (jak oni potrafią bekać!), gada przez telefon, a na przerwie (a przerwa pojawiła się niespodziewanie, więc domyśliłam się sprytnie, że to jeszcze nie koniec), wybiega na korytarz i wraca z czymś na ciepło (w kinie klima i lotnicze fotele). Siedziałam z otwartą gębą i też se krzyknęłam, jak ona nagle zaczęła jeść tego kota jeszcze żywego, bo się domyśliłam (ha!), że tamten demon jednak wciąż w niej siedzi.

ImageJa zaś najbardziej osobiście lubię siedzieć w rikszy i pędzić przez miasto. Nie mam pojęcia, jak to się dzieje, że działa. Żadnych zasad i nie ma korków. Ofiary śmiertelne widziałam dwie, jednego dnia za miastem. W mieście wszystko płynie, każdy jedzie jak chce, raczej powoli, piesi włączają się do ruchu na wydechu (pewnego dnia zauważyłam, iż jestem jedyną osobą w tej prawie czteromilionowej metropolii, która przebiega czy przyspiesza. Niepotrzebnie - ciężarówka wymija mnie z tyłu, autobus z przodu i jest git). Może dlatego, że Indianie są totalnie wyluzowani? Indiański spokój, gdyż na wszystko przyjdzie czas, jeśli przyjdzie. Mam też wrażenie, jakby tu NIE nie istniało, jakby wszystko było możliwe. Może tak?

ImageTaki Iyengar, na przykład, rocznik 1918. Codziennie przez parę godzin uczę się w jego Instytucie i w trakcie praktyki własnej mam okazję zobaczyć z bliska, jak On uczy swoją wnuczkę. Ona się męczy, a On cały czas się z niej śmieje rechocze. Uczy ją w języku language, więc mniej więcej wiem, o co chodzi. Widzę też, jak Dziadek stoi na głowie, robi wygięcia do tyłu... Widzę, jak rano czyta gazety bez okularów, po południu w okularach siedzi w bibliotece i coś pisze, wieczorem prowadzi klasy medyczne (mogę je obserwować i już nie płaczę - na początku nie mogłam się powstrzymać, tyle nieszczęść w jednym miejscu, taka dziewczynka na przykład, długa, cienka i łamliwa jak słomka. Przywykłam, teraz tylko siedzę, notuję i widzę w tym większy sens).

ImageTo mój ostatni piątek tutaj. Trochę smutno, ale z drugiej strony tęsknię już strasznie za domem, za pracą, za Litwą ojczyzną moją... W długich podróżach najfajniejsze są powroty. Wracam zatem i się obaczymy.

A teraz proszę wszyscy robią dłuuuugi wydech, po czym krótki rechot.

Namaste,
Bodzia

Kalendarz imprez

<<  Sierpień 2018  >>
 Pn  Wt  Śr  Cz  Pt  So  N 
    1  2  3  4  5
  6  7  8  91011
  
webmaster