Wyprawa do Ajanta i Ellora


Mustafa – nasz przewodnik

Następnego dnia rano poznałyśmy naszego szofera. Noor Baba czekał na nas w hotelu przy recepcji. Przywitał się a zaraz potem "Good morning, madame" usłyszałam od mężczyzny z gazetą w ręku, który stał obok.

Pomyślałam, że ów człowiek przy kontuarze może chce mi sprzedać tę gazetę, jednak sposób, w jaki mnie pozdrowił, był trochę zbyt grzeczny i uprzejmy jak na ulicznego sprzedawcę prasy. Było w twarzy tego człowieka coś, co czyniło ją nieczytelną, w jakiś wykoślawiony sposób niezrozumiałą. Była w niej deformacja, która ulokowała się w miejscu nie do rozpoznania, nieuchwytna, błądziła po całej twarzy zostawiając to dziwne wrażenie dysonansu w patrzącym na nią przelotnie rozmówcy.

Wkrótce miało się okazać, że bardzo się ze sobą zaprzyjaźnimy. Kiedy znaleźliśmy się w samochodzie i zaczęłam z nim rozmawiać udało mi się w końcu zlokalizować przeszkodę, która uniemożliwiła mi rozszyfrowanie jego twarzy. Nad lewym okiem widniała szrama, przebiegająca po zewnętrznej krzywiźnie łuku brwiowego. Kącik oka lekko unosił się do góry, co sprawiało wrażenie udrapowania zewnętrznej części powieki. W ten sposób również linia rzęs znalazła nową formę. Wspinając się na fałd skóry przypominający krawiecką zakładkę bujne czarne rzęsy sterczały do góry jak włosy szczotki ryżowej. Regularne rysy twarzy załamywały się w tym miejscu, jak w krzywym zwierciadle. Stopniowo odkrywałam twarz Mustafy nie mogąc się nadziwić temu zderzeniu współegzystujących ze sobą brzydoty i piękna.

Mustafa w ciągu tych dwóch dni dużo nam o sobie opowiadał. I ta historia uświadomiła nam jak ciężkie jest życie przeciętnego mieszkańca Indii i jak wiele mamy szczęścia mieszkając w innej części świata, bo nasze życie w dużo mniejszym stopniu jest zdeterminowane przez czynniki zewnętrzne.


Ajanta

Wrażenia z jaskiń trudno uchwycić w formę werbalną i opisać. To dzieła sztuki, które powstały tysiące lat temu z pobudek religijnych i ku takiemuż przeznaczeniu. Na początku naszej wędrówki przez kolejne z grot trudno było to poczuć. Poruszałyśmy się w gąszczu turystów, zaczepiane od czasu do czasu przez zwiedzających zainteresowanych krajem naszego pochodzenia i przewodników do wynajęcia.

Image Przyćmione światło wnętrz grot powodowało, że zarejestrowanie detali malowideł wymagało od nas sporego wysiłku. Wyblakłe kolory, jednorodna – niemalże monochromatyczna – tonacja i sepiowa patyna dodatkowo pogarszały widzialność. Po pewnym jednak czasie ta trudność stała się narzędziem wyciszającym umysł, uspokajającym myśli, kojącym duszę. Każde z wnętrz jaskinnych, choć datowane w odstępach przypominających ery w rozwoju sztuki, było łudząco do siebie podobne. Nie wiadomo, czy w powodu jednakowej warstwy kurzu i patyny pokrywającej malowidła i podobnych uszczerbków w dekoracji rzeźbiarskiej, czy wzrastającego zmęczenia i związanego z nim przytępienia percepcji, czy też może z racji pojawiającego się z wolna w naszych głowach stanu, który był celem praktykujących w tych grotach mnichów. Być może właśnie zaczęły na nas działać rytm i monotonia dekoracji.

W prawie każdej symetrycznie zorganizowanej grocie w centralnym miejscu odpowiadającym absydzie kościoła chrześcijańskiego zasiadał Budda z zamkniętymi oczami i zastygłymi w medytacji rysami twarzy, z których bił spokój i niewzruszoność właściwa materiałowi, w której go wykuto. Dziesiątki wcielonych w skałę Buddów medytowało w pozycji Siddhasany zupełnie nie zważając ani na upływ czasu ani na rzesze turystów przetaczających się wokół nich, rozmawiających we wszystkich językach świata, siadających mu na kolanach w pozie do zdjęcia. W niektórych grotach spotkać można było Bóstwa Hinduistyczne, ale zanim do tych miejsc dotarłyśmy wszystkie formy wykute w kamieniu miały stać się dla nas Buddą oddanym praktyce duchowej.

ImageW jednej z grot pod koniec naszej wędrówki zachowała się ściana pokryta tapetą we wzór ustawionych ramię w ramię Buddów, których aureole niemalże się ze sobą stykały. Cała armia, której wizerunek gdzie niegdzie przetarty był plamą pustego tynku – dziury w wyobrażeniu odwiecznego rytmu, a może raczej jego części. Zupełnie jak częścią życia staje się śmierć, a częścią pełni pustka. W ostatniej jaskini Budda położył się i zasnął. Jego gigantyczne ciało wyciągnięte było wzdłuż bocznej ściany groty jak ciała królów spoczywających nad swoim sarkofagiem w gotyckich katedrach. Oni pozują, zaś Budda wyraźnie odpoczywa.


Ellora

ImageNastępnego dnia, w drodze do grot w Ellora zatrzymaliśmy się żeby zrobić zdjęcie na tle fortu. Przydrożny sprzedawca pamiątek namawiał nas do kupna pocztówek. Wtedy Mustafa powiedział, że dostaniemy je w prezencie. Nie potraktowałyśmy jego obietnicy zbyt serio.

Wyczerpane poprzednim dniem i zniechęcone tłumem turystów postanowiłyśmy zrezygnować z wchodzenia do największej i najlepiej zachowanej groty hinduistycznej. Obejrzałyśmy ją sobie dokładnie z góry obchodząc wnętrze wybrane przez budowniczych, po obrzeżach skały. Poruszałyśmy się jak po krawędzi krateru, we wnętrzu którego rosną i pączkują bogate formy rzeźbiarskie.

Image Kiedy wróciłyśmy do samochodu, każda z nas otrzymała po dwie książeczki z pocztówkami. Gest Mustafy rozbroił nas kompletnie. Nie mogłam się za nic skupić na oglądaniu grot zastanawiając, się nad tym, co skłoniło Mustafę do nadwerężenia swojego skromnego budżetu, aby zrobić nam prezent. Te były hinduistyczne, wyraźnie inne od buddyjskich, choć nie mogę sobie przypomnieć, w czym tkwiła różnica. Zobaczyłyśmy dwie z czterech.

Chwilę później usłyszałam od Mustafy wyjaśnienie jego gestu. Widząc początkową rezerwę, z jaką dziewczyny podchodziły do jego osoby wyczuł, że jest postrzegany jedynie jak ktoś, kto widzi w nas źródło dochodu. Wtedy zaświtała mu myśl, żeby zmienić nasze nastawienie w ten prosty sposób i jednocześnie wyrazić swoją wdzięczność za mile spędzony z nami czas.

Ostatnią grupą jaskiń, jakie przypadły nam do zwiedzenia były groty dżinijskie. Chodziłam po nich, jak po zaczarowanym ogrodzie. Doskonale zachowane, z niemalże kompletną dekoracją rzeźbiarską pełną motywów zwierzęcych i roślinnych. Posągi ludzkie z wiernie oddanymi detalami anatomicznymi. Wszystko to zakomponowane dynamicznie. Cały wystrój tych świątyń przypominał mi swoim charakterem wnętrza barokowe. Z jednego pomieszczenia można było przez otwór w skale przejść do drugiego, co wywoływało we mnie poczucie transu i symbolicznej, nie kończącej się wędrówki.

Wróciłyśmy autokarem do Puny tego samego dnia, pełne wrażeń po bardzo intensywnych dwóch dniach. Wjeżdżając do miasta miałam wrażenie, że wracam do domu. Najwyraźniej zadomowiłam się tu na dobre.

webmaster