Wokół święta Ganesi II

Image    Pierwszego dnia wieczorem ze znajomymi udaliśmy się na spacer po ulicach Puny. Spotkaliśmy ze trzy procesje transportujące wielkiego Ganesię do jednej z takich lokalnych scen. Pochody te są niezwykle barwne a przede wszystkim potwornie hałaśliwe. Zawsze towarzyszy im rytmiczny dźwięk bębnów, których w procesji jest przynajmniej kilka, jak nie kilka rzędów. W zależności od wielkości Ganesi i bogactwa dekoracji sceny, a może rangi ulicy w mieście pochód taki składa się z mniejszej, bądź większej ilości odcinków. Jako ostatnie transportowane jest samo bóstwo. Jedzie w otoczeniu kwiatów, czasem pochodni. Przed nim można zobaczyć maszerujące zwierzęta. My widzieliśmy cztery wielbłądy barwnie przystrojone, ale spotkać można też słonie przyozdobione rysunkami na skórze. Dalej – patrząc w przód – idą bębniarze, ale mogą ich poprzedzić sztuczne ognie. Cały niezwykle barwny korowód otwiera grupa tancerzy z wiązkami kolorowej bawełny w rękach, którą potrząsają wykonując proste kroki w rytm uderzeń bębnów. Bębniarze i tancerze często noszą fluorescencyjnie żółte albo pomarańczowe koszulki, na które sypie się różowy proszek. Ten niebywale intensywny i nasycony do granic kiczu amarantowy róż jest też często składnikiem mandal usypywanych przed ulicznymi ołtarzami.

    Po odstawieniu Ganesi na scenę cały korowód odmaszerowuje czyniąc nie mniej hałasu i rwetesu w sąsiedztwie niż w momencie wnoszenia Ganesi. Następnie poprzez odprawienie pudży (specjalnego nabożeństwa) ożywia się idola – czyli Bóg wciela się w przedstawienie. Cała impreza kończy się w niektórych częściach miasta po północy. Oddani wierni adorują bóstwo do późnych godzin nocnych.

Jogini poza Instytutem

    Z pewnym opóźnieniem rozpoczął się program artystyczny. Najpierw długo przemawiano wyjaśniając genezę święta, dziękowano sponsorom, po czym zaproszono najważniejszego z gości, a mianowicie samego Ganesię, który przy dźwiękach elektronicznej muzyki i światłach laserów wjechał na windzie na scenę. Część artystyczna obejmowała występy tancerek, krótkie przedstawienie teatralne ilustrujące zdarzenie z historii Puny oraz występ chińskiego duetu gimnastycznego. Ponieważ na widowni w sektorze dla super ważnych gości siedział również Guruji, udekorowany w turban – pomyślałam, że ta część będzie dla niego szczególną rozrywką. Muszę przyznać, że siedmiominutowy program tego duetu zapierał dech w piersiach nawet joginom przywykłym do widoku najdziwniej powyginanych ciał. Po zakończeniu występów pod sceną przetoczył się pochód, w którym wzięły udział wszystkie występujące osoby oraz zwierzęta, sztukmistrze z ogniami, bębniarze a całość bardzo przypominała pochody wnoszące Ganesię na uliczne ołtarze.

Pożegnanie Ganesi

Image    Dziesięć dni święta, które już pod koniec okazało się być bardzo męczące, ze względu na codzienne wieczorne i bardzo głośne koncerty, ogólne zamieszanie panujące wokół ulicznych scen z Ganesią, dobiegło szczęśliwie końca. Przyszedł czas na pożegnanie wcielonego w idole różnej wielkości boga i błaganie go, by zabrał ze sobą wszelkie niepowodzenia a następnie powrócił w przyszłym roku zapowiadając pomyślność. Otóż Ganesię żegna się nad wodą i ceremoniał obejmuje zatopienie figurki. Wygląda to różnie. Małe Gangesie zamieszkujące domowe ołtarzyki topi się w najbliższym zbiorniku wodnym, czyli np. w toalecie. Dodam, że figurki te specjalnie z tego powodu są wykonane z materiału, który się rozpuszcza. Niemniej tradycyjny sposób wymaga, aby udać się nad rzekę, tam odprawić krótką pudżę i następnie zatopić figurkę. Ostatniego dnia – jak nakazuje tradycja – udałyśmy się nad rzekę w okolice mostu Deccan Jimkana, gdzie spodziewałyśmy się zobaczyć topienie największych idoli.

    Nad samym brzegiem rzeki symboliczne pożegnanie Ganesi odprawiały rodziny, śpiewając, częstując Ganesię, członków rodziny i – przy okazji – nas przygotowanymi na tę okazję specjałami: cząstkami owoców, słodyczami, fasolkami. Ktoś z miejscowych osób wyjaśnił nam, że topienie Ganesi ma związek z tym, że został powołany do życia przez kąpiącą się Parwati.

    Nad nami wznosił się most. Kiedy wspięłyśmy się do góry zaczął zapadać zmierzch. Przez most kolejno przetaczały się największe z idoli wystawianych na ulicach Puny w tym roku. Nie podejrzewałyśmy jeszcze wtedy, co nas czeka. Ganesia jechał na podeście mniej, bądź bardziej udekorowanym w kwiaty, nierzadko otoczony dziećmi. Mniejsze figurki poprzedzone były grupą bębniarzy i tancerzy ubranych w fosforyzujące koszulki, albo zwyczajnie posypanych różowym proszkiem, co nadawało grupie jednolity charakter. Większe i bardziej wystawne aranżacje pchały przed sobą wielkie kolumny podłączone do generatora jadącego za platformą z idolem. Z tych głośników płynęła dance'owa muzyka – jak sądzę ta sama, przy której tańczy się w tutejszych klubach i dyskotekach. No i na ulicy również – przed kolumnami wił się tłum roztańczonych mężczyzn i chłopców. Nie widziałam wcześniej tylu ludzi oddających się tańcowi równie entuzjastycznie i żywiołowo – właściwie zatracających się w tańcu. Poruszali się z niezwykłą zwinnością, bez najmniejszych zahamowań poddawali się rytmowi, pozwalali żeby fala muzyki przepływała przez całe ich ciało, od stóp po koniuszki palców. W miarę jak robiło się coraz później zgromadzony pod przemieszczającymi się platformami z bóstwem tłum gęstniał. Cała instalacja z Ganesią i głośnikami musiała przystawać na moment i kiedy czas było przemieścić się dawała sygnał dźwiękowy. Część grupy rozpierzchała się w tym momencie. Jak morze Czerwone przed Mojżeszem tłum się rozstępował przed Ganesią i na chwilę powstawał korytarz. W którymś momencie na przeciwległym jego końcu znalazła się niewielka grupa młodzieńców. Spojrzeli na siebie stojąc naprzeciwko roztańczonej grupy i wymieniwszy porozumiewawcze spojrzenia, puścili się pędem jak do ataku, żeby zanurzyć się w falującym tłumie. Trzeba było widzieć ten błysk w oku i entuzjazm, z jakim ci młodzi ludzie przyłączali się do tańczących, oni pozwalali się porwać muzyce, bez cienia agresji, ale za to z niebezpiecznie rozbuchaną energią.

    Na moście byli nie tylko roztańczeni młodzieńcy, ale i tłum gapiów, takich jak my. Po bokach ulicy, którą przemieszczał się korowód siedziały całe rodziny. Widziałyśmy też samotne matki z dziećmi uczepionymi u rąk. Wśród nich krążyli sprzedawcy migających światełkami zabawek, prażonej cieciorki, słodyczy. W tym tłumie, którego rozmiarów w skali miasta boję się oceniać, zaledwie dwa, czy trzy razy zostałam potracona. Nie mogłam wyjść z podziwu, że w sąsiedztwie rozszalałego tłumu i wśród tylu gapiów nie spotyka mnie żaden akt agresji, choćby ukrytej. Oczywiście większość z obecnych tam osób była trzeźwa, w przeciwieństwie do tego, co dzieje w takich momentach na ulicach zachodnich miast. Niemniej ostatnio ten zwyczaj, jak całe dynamicznie rozwijające się Indie, zaczyna podlegać zmianie i ponoć w pracy mężczyznom w ten szczególny dzień podaje się alkohol. Warto wspomnieć, że spożywanie tego napoju jest obłożone zakazem, przez dwie najpopularniejsze na subkontynencie religie: Islam i Hinduizm, co czyni go napojem praktycznie zakazanym. I niestety złamanie tego zakazu można było wyczuć w powietrzu tego wieczora.

    Niestety żaden z gigantycznych przedstawień Ganesi nie został zatopiony na naszych oczach. Za to następnego dnia rano można było przeczytać, o tym, które z przedstawień zdobyły wyróżnienia w konkursie na idola 2006 roku.

Kalendarz imprez

<<  Czerwiec 2018  >>
 Pn  Wt  Śr  Cz  Pt  So  N 
      1  2  3
  4  5  6  7  8  910
11121314151617
181920212223
 
webmaster