Wrażenia z Instytutu II


    Wracając do Gity. Początkowo wydała mi się dość porywcza i surowa. Jednak wkrótce odkryłam, że te cechy wypływają z jej niebywałego zaangażowania w rolę nauczyciela, totalnego oddania temu, co robi. Jest absolutnie skupiona w trakcie klasy, jej zajęcia mają zwarty rytm. Nawet, kiedy przerywa sekwencję, żeby nam coś dłużej wyjaśnić przykuwa uwagę słuchaczy utrzymując rytm narzucony w trakcie wykonywania asan. Kontroluje przy tym bacznie zaangażowanie swoich uczniów i stopień, w jakim są uważni. Gani za każdy objaw rozkojarzenia. Wyłapuje najdrobniejsze oznaki skonfundowania i natychmiast diagnozuje ich pochodzenie. Ustaliwszy, co mogło wywołać niezrozumienie wraca do tej kwestii i na bieżąco wyjaśnia zagadnienie. Pozostaje w nieustannym i niezwykle intensywnym kontakcie z całą grupą. Niejeden praktykujący w ostatnim rzędzie budzi się mocno zdziwiony jej gwałtowna korektą. Jest momentami agresywna, lecz jej sposób reagowania znajduje swoje uzasadnienie w trosce, z jakiej jej reakcja wypływa.

    Na domiar jest niezwykle bystra i w swoich błyskawicznych ripostach słownych dowcipna i zarazem ironiczna. Zdarza się, że jej słowo rani tą ironią, ale też potrafi rozśmieszyć. Wszystko, co robi w trakcie zajęć jest wyrazem jej zaangażowania bez reszty i zapamiętania w nauczaniu. Wypływa z troski o nas, o naszą prawidłową praktykę – a co za tym idzie – za zdrowie w przyszłości, ale też o właściwe zrozumienie pracy. Jej wyjaśnieniom nie ma końca do póki nie otrzyma od grupy dowodów pełnego zrozumienia tematu. Niezwykła klarowność nauczania, konsekwencja w drążeniu tematu – zawsze w kontakcie z reakcją grupy – są najlepszym dowodem tego, z jak wytrawnym nauczycielem mam do czynienia osobie Gity.

    Wiele miejsca w swoich wyjaśnieniach Gita poświęca też należytemu szacunkowi, jaki powinniśmy mieć dla nauki jej ojca, o którym nie mówi inaczej jak Guruji. Od Corine usłyszałam, że nauka, jaką od niego odebrała była wyjątkowo trudna. Iyengar po przejściu na emeryturę i wycofaniu się z regularnego nauczania zwykł był mimo wszystko interweniować w trakcie klas prowadzonych przez nią i poprawiać ludzi, albo wtrącać swój wątek. Potem przerywał, już tylko po to, by zwrócić jej uwagę i poprzez nią przekazać swoje spostrzeżenie uczniom. Teraz na klasach Gity nie ma już jej ojca. Ponoć wyraził się kiedyś, że całą jego wiedzę posiada teraz właśnie ona.


Jak widzi to Gita, jak widzę to ja


    Punkt widzenia Gity, który jest tak bliski moim intuicjom w kwestiach, o których Prasiant wyraża się w języku bardzo abstrakcyjnym, można zawrzeć w jej uwadze rzuconej w trakcie zajęć: "Czy wy jesteście już tak rozwinięci duchowo, że nie możecie porządnie wyprostować nóg i rąk?". Rozważania Prasianta zupełnie od tego prostowania abstrahują, zakładają to jak oczywistą przesłankę, o której nawet nie trzeba wspominać.

    Gita, zaś widzi – zaglądając nam w oczy, a trzeba wiedzieć jak bardzo roziskrzone są jej własne – że nie tylko nie prostujemy należycie rąk i nóg ale, nawet jeśli je prostujemy to nie zawsze budzimy w ten sposób nasz ospały i wędrujący poza miejsce praktyki umysł. Kiedyś przy czwartym powtórzeniu Bharadvajasany podeszła do jednej z osób i powiedziała "Twoje oczy w końcu się otwarły" – co należy rozumieć: "Uważność została obudzona". A to przecież dopiero etap wstępny, obudzona uwaga może zostać odpowiednio skierowana.

    Jej wieczorne zajęcia w piątek w tygodniu wygięć do tyłu na długo pozostaną w mojej pamięci. Tak się złożyło, że w trakcie sesji zrobiła wykład, który wiele mi wyjaśnił. Starała się nas przekonać do wagi prawidłowego ułożenia ciała w trakcie wykonywania asan. Na przykładzie jednego z uczniów pokazała, w jaki sposób nieprawidłowy nawyk ruchowy, lub asymetria ciała rzutują na całą strukturę. Kolano, następnie rotacja miednicy, przemieszczenie barku i na końcu głowa. Przemieszczenia kośćca oddziałują na mięśnie i organy wewnętrzne. Utrwalanie tej sytuacji w życiu i brak reakcji na nią w wykonywaniu asan prowadzi małymi kroczkami do powstania schorzenia albo problemu z daną częścią ciała. Dlatego tak ważne jest, aby być uważnym i kontrolować ciało podczas praktyki, nie dopuszczać do powstawania, lub utrwalania asymetrii, czy nieprawidłowych odruchów.

    Nasza interwencja w praktykę i nieustanne korygowanie są konieczne. Jeśli zaprzestaniemy, ciało osunie się bezwiednie w stary wzorzec. Dlatego praktyka przypomina rehabilitację, nieustanne zajmowanie się już istniejącym problemem, który jest fragmentem naszej kondycji. W podobny sposób działamy na nasz umysł, kiedy praktykujemy z wytężoną uwagą, kiedy staramy się w jej obszar włączyć wiele różnych punktów, które w asanie powinny podlegać kontroli. Tak, jak w Urdhva Dhanurasanie podlegają kontroli i nogi i ręce i miednica i klatka piersiowa na raz. Taka praktyka wymaga pełnego zaangażowania i maksymalnego rozbudzenia umysłu. Nie ma wtedy miejsca na wybieganie myślą poza to, co jest aktualnie do wykonania. Ilość instrukcji i elementów do ogarnięcia jest tak duża, że pozostajemy w kontakcie tylko z tym, co jest – co jest faktycznie. Kiedy nasz umysł wypełnia tylko to, co jest faktycznie, pojawia się Satia – czyli prawda i uczciwość. Nie może być inaczej, bo każde kłamstwo i kombinacja wymaga alternatywnego świata, całej na kłamstwie opartej, koherentnej i zwartej rzeczywistości. Na taką kombinatorykę nie ma miejsca w umyśle zajętym tym, co dzieje się tu i teraz.

    Podobnie jest z Brahmacharią, czyli czystością i powściągnięciem pożądań. Tu nie chodzi o to, żeby je wyprzeć, albo dekretem woli narzucić sobie wstrzemięźliwość. Żądze i zachcianki, jeśli gdzieś są, i tak dadzą o sobie znać, wymykając się w końcu z podświadomości. Po prostu zaskoczą nas swoim istnieniem i nawet nie będziemy wiedzieli, skąd się wzięły – która ze sfer mentalnych jest ich źródłem. Rzecz w tym, żeby pomału uczyć się pewnego wzorca. Przywracając umysł do jego pierwotnej natury nieporuszenia i powściągnięcia, również w sferze zmysłowej. Kiedy praktykujemy i staramy się kontrolować różne fragmenty ciała w tym samym czasie, angażujemy nasz mózg zatrzymujemy go na tym, co zachodzi aktualnie w ciele, mózg oddziałuje na umysł a umysł na świadomość i w końcu każde z nich osiąga stan spokoju i wyciszenia, w którym nie ma pragnień i pożądań. Ten wzorzec działania, jeśli jest regularnie praktykowany przenosi się poza praktykę i dzięki niemu osiągamy spokój ducha w codziennym życiu i upragniony stan czystości.

    A zatem, zdaniem Gity praktykując jogę nie tylko rehabilitujemy nasze pełne napięć i asymetrii ciało, ale i duszę wznosząc ją ku coraz to bardziej zaawansowanym praktykom, jednak zawsze sferą, do której możemy się odwołać po weryfikację postępu na ścieżce rozwoju duchowego jest ciało i sposób funkcjonowania uwagi. A więc ścieżka, jaką prowadzi nas Gita wiedzie od ciała do głowy. Odwrotnie niż u Prasianta.

Klasy medyczne

    Osobny rozdział doświadczeń w Instytucie stanowią klasy medyczne, na które przychodzą (albo przyjeżdżają z daleka) osoby z problemami medycznymi. Każdy taki pacjent otrzymuje od Gity zestaw asan oraz asystenta, który pomaga mu ten zestaw zastosować, przynosi pomoce, układa odpowiednie konstrukcje i w końcu też samego zainteresowanego w stosownej pozycji. Klasy te odbywają się codziennie od poniedziałku do piątku i pomimo panującego w ich trakcie na sali rozgardiaszu, panuje tam pewnego rodzaju hierarchia.

    W piątki jest już luźniej, przychodzi mniej pacjentów i nie ma Guruji i Gity. Jednak, kiedy oni są na sali, trzeba się mieć na baczności, bo w każdym momencie mogą z znienacka interweniować z najbardziej błahego – zdawałoby się – powodu, takiego jak wysokość kostki pod ręką. Po nich, kolejnymi osobami wedle autorytetu są nauczyciele indyjscy, którzy służą radą w wypadku wątpliwości i pomagają mniej doświadczonym asystentom. Na końcu są ci, na których najczęściej skupia się krytyczna uwaga Gity I Guruji, czyli asystenci, którymi zostają nauczyciele przyjeżdżający z zagranicy oraz pacjenci, którzy krążą bezradni po sali dzierżąc w ręce swoją kartę z niemożliwymi na początku do zidentyfikowania nazwami asan.

    Rolę tłumacza i przewodnika po tajemniczym zestawie stanowią asystenci, ale też zdarza się, że jest na odwrót i to pacjent wprowadza świeżo przydzielonego mu asystenta w arkana swojej sekwencji. Tak jest też w moim przypadku. Trafiłam na przesympatyczną panią, która na klasy medyczne przyjechała do Puny aż Peru po to, aby się wyrehabilitować po serii wypadków. Ilość przyrządów na sali jest niezliczona, podobnie też sposoby ich zastosowania, a układanie konstrukcji z pomocy stało się tu naprawdę niezwykle zaawansowaną sztuką. Często też trzeba odwoływać się do własnej intuicji i eksperymentować z nowym ułożeniem pomocy, aby osiągnąć pożądany efekt.

webmaster