Pierwsze wrażenia

Mając w pamięci pierwsze wrażenie, które niesie ze sobą uderzenie powietrza zaraz po wyjściu z samolotu – nie mogłam się wprost doczekać tego momentu. Stałam już na schodkach prowadzących z samolotu na płytę lotniska i chłonęłam indyjskie powietrze wszystkimi porami skóry. Była dokładnie północ. Wokół stłoczonych pasażerów zebrali się pracownicy lotniska i obserwowali nas. Autobusu nie podstawiano dłuższy czas i nam też nie wolno było opuszczać schodków. Było duszno, wilgoć wisząca w powietrzu oblepiała mnie powoli. Światło lamp rozpraszało się w nasyconej parą wodną atmosferze zabarwiając wszystko dookoła na pomarańczowo. "Typowe dla Indii" pomyślałam… "Jak długo będziemy się tu zalewać potem ubrani jak na jesień w Europie przystało – a oni mają czas…"

Formalności poszły gładko, odbiór bagażu też. Pozostało mi załatwić przejazd do Puny. Nic prostszego – trzech konkurujących ze sobą pośredników próbowało mi zaoferować usługi przewozowe. Po przedłużających się negocjacjach, które kilkakrotnie musiałam bezprzykładnie zerwać odchodząc od ich stanowiska, w celu uzyskania lepszej ceny – udało mi się dobić targu. Kiedy już opuściłam budynek lotniska przekazywana z rak do rąk kolejnym pomocnikom zostałam odprowadzona na parking okazało się, że cena pozostała co prawda ta, co uzgodniona, ale standard pojazdu się obniżył. No i od nowa – telefony do pośrednika… O ile pośrednik nie mógł zejść z ceny, bo ci na parkingu się nie zgadzali, to teraz ci z parkingu dzwonili do pośrednika. Doszliśmy w końcu do porozumienia i wyruszyłam w drogę. Mój kierowca ledwo rozumiał po angielsku, chodził boso a jego samochód przy pierwszej dziurze podskoczył tak, jakby nie miał w ogóle resorów. Potem na drodze do Puny okazało się też, że ma porywczy temperament i hamulce naciska tuż przed przeszkodą – oczywiście wcześniej zakładając, że każdy z większych od niego pojazdów usunie się z drogi na dźwięk jego klaksonu.

Przypominałam sobie drogę do Puny, którą jechałam dwa lata wcześniej, chłonąc każdy zaobserwowany szczegół. Tym razem niewiele mogłam dostrzec w pogrążonym w ciemnościach krajobrazie. Jednak zanim znalazłam się na drodze do Puny musiałam uzbroić się w cierpliwość pokonując zaułki Bombaju. Jakiś czas miałam poważne wątpliwości, czy kierowca wie gdzie mnie wieść. Krążyliśmy chwilę po wyboistych drogach uczęszczanych tylko i wyłącznie przez motoriksze, nie wliczając naszego samochodu. Koniec końców, kiedy już znaleźliśmy się w Punie bez trudu rozpoznałam swoją dzielnicę: "Jestem w domu" – pomyślałam.

Guruji

Był 1 listopada dnia następnego – moje urodziny. W sam raz, żeby się zaaklimatyzować i wyprawić imprezę urodzinową. Tylko komu? Ze znajomych w urodzinach mogła mi towarzyszyć jedynie moja współlokatorka – Atena z San Francisco. Ale po kolei – zarejestrowałam się w Instytucie u Pandu – słynnego sekretarza i po raz kolejny skonstatowałam – jestem w domu. Guruji akurat wkrótce po moim przyjściu do Instytutu wyszedł z biblioteki – cały rozpromieniony widząc hall wypełniony swoimi uczniami. Wyglądał pięknie – ubrany na biało…

No właśnie – Guruji… Odnoszę wrażenie, ze się ożywił, że przeczuwa nadchodzące wielkie święto – obchody swoich 90tych urodzin i to dodaje mu energii. Obserwowałam go na klasach medycznych w pierwszym tygodniu. Krążył po sali niespokojnie i wyłapywał wszystkie niedociągnięcia ze strony pacjentów. Dociskał, poprawiał, pohukiwał jak trzeba było. Biedni pacjenci krzywili się przy tym z bólu. W tych dniach Gita się tu nie pojawiła. Dwa lata wstecz oboje przychodzili na klasy medyczne. Zadziwiająca jest radość, z jaką Guruji niezmiennie czyni użytek ze swojej wiedzy – mając za sobą tyle dziesiątków lat nauczania. W jego oczach zapalają się iskry, gdy tylko może interweniować, pomóc, czy poprawić. Otoczony wianuszkiem asystentów i tych miejscowych – Hindusów – i tych przyjezdnych – uczniów z Zachodu – nie można tego nazwać inaczej – rozkwita. Wyjątkowo dużo swojej energii poświęcił pewnemu pacjentowi cierpiącemu na zwyrodnienia w kręgosłupie szyjnym. W swoim programie miał ów Sikh między innymi Gomukhasanę. Iyengar zaczął go korygować, wykręcać ramię dolnej ręki, podawać instrukcje. Zdążyła się zebrać już wokół niego spora grupka gapiów, kiedy ten się odwrócił i już jakby miał zamiar odejść. Widząc zainteresowanie zebranych wokół asystentów tylko łypnął na nas okiem, położył ręce na biodrach i zainspirowany tą sytuacją powrócił do pacjenta pokazując kolejny sposób na ulepszenie pozycji. Tych sposobów Iyengar zna wiele, ale też jest w stanie je na miejscu wynajdywać. W czasie mojej poprzedniej wizyty byłam świadkiem takiego procesu twórczego – poszukiwania nowego użycia dużego stołka, który odwrócony do góry nogami tworzy rodzaj barierki zabezpieczającej przez upadkiem w Sirszasanie – a dla pacjentów spastycznych ma to duże znaczenie.

Drugą okazją do zaobserwowania werwy Gurujiego pojawiającej się, gdy tylko uwaga uczniów skupia się na nim jest czas na praktykę własną. Szczęśliwie Abbie cały czas jest w Instytucie i pokornie poddaje się lekcjom swojego dziadka. Niestety już nie tak regularnie jak dwa lata temu. Pewnego dnia – i było to zapewne w drugim tygodniu, kiedy przedmiotem klas są skłony – Guruji wziął na warsztat Paścimottanasanę. Pokazał na Abbie 8 wariantów tej pozycji wziąwszy pod uwagę możliwe wykorzystanie sprzętu – nie wliczam w to kombinacji użycia różnych przyrządów na raz. Przydatne w wyjaśnianiu pracy w tej asanie okazały się: paski plus metalowa kratka w oknie, do której te paski można przytroczyć, metalowe drążki, drewniane deseczki oraz krótkie kijki-rozpórki, kostki i kawałki poczciwej maty. Abbie wykonywała Paścimottanasanę pod okiem Iyengara chyba z kwadrans – a tego wymagającego nauczyciela nie łatwo zadowolić. No może ze dwa razy mruknął pod nosem aprobująco "yes" widząc wyraźne poruszenie w wybranym miejscu ciała swojej uczennicy. I tym razem oberwało się nam – uczniom z Zachodu. Iyengar powiedział: "W zachodnim myśleniu widzicie jak zastosowanie asany przynosi efekt i myślicie, ze jest to efekt u tej konkretnej osoby. Podczas gdy zgodnie z wschodnim sposobem myślenia – chociaż indywidualnie stosujemy asany – efekt jest zawsze ponadjednostkowy. Efekty asany są zawsze uniwersalne". No wiec jak tylko tłum gapiów rozszedł się i zrobiło się wolne miejsce przy kratce w oknie, do której można było przytroczyć się paskiem – co poniektórzy pilni studenci zabrali się do sprawdzania tezy mistrza, czy aby na pewno ten efekt, który wszyscy widzieli u Abbie da się odtworzyć i na nich. Ostatni wypróbowywali efekty indyjscy asystenci Iyengara – po tym jak Guruji opuścił już salę. Zwolnieni z obowiązku bycia na każde jego zawołanie.

Puna

 To miasto – jak całe dynamicznie rozwijające się Indie – zmienia się. Są to dyskretne zmiany, które odbierają jej Indyjski charakter a przydają ten Zachodni – uniwersalny i kosmopolityczny. Wystarczy popatrzeć na ludzi – mam nieodparte wrzenie, ze zmieniają się również twarze ludzi. Ich wyraz i mimika. Rośnie dystans w kontakcie, co osobę taką jak ja pozostawia w rozczarowaniu. Kosmopolityczny jest tłum, który wylewa się z centrów handlowych w dzień taki jak dziś – wolny od pracy. Dziewczyny bez skrępowania zaczynają nosić obcisłe dżinsy-rurki, koszulki uwydatniające kształty. Korzystanie z zachodnich wzorców ubierania się pociągnęło też stopniową zmianę mody na sylwetkę. Moja współlokatorka, która zakupiła sobie indyjskie wydanie VOUG'a ukazujące się tu od roku, zauważyła, ze wcześniej nie spotkała w Punie tylu reklam centrów fitness i kuracji odchudzających. Smukleją i szczupleją gwiazdy Bollywood. Indyjskie sari pięknie tuszuje puszystą sylwetkę – ale noszą je głównie starsze panie, albo kobiety z najuboższych warstw. Te ostatnie są akurat przerażająco chude. Kobiety, które widuje się na ulicach w średnim wieku i te młodsze zaprawie wszystkie zakładają Panjabi – spodnie i długą bluzkę z szalem okrywającym ramiona, udrapowanym wokół dekoltu. Albo po prostu noszą się z zachodnia. Jeszcze kilka lat temu również mężczyźni nosili Panjabi, dziś to już rzadkość.

Image Jedno z takich centrów handlowych wyrosło vis-a-vis Instytutu Iyengara. Dwa lata temu wdrapałam się na dach Instytutu, żeby zobaczyć słynną kobrę o tysiącu głów i Hanumana skrywającego się w cieniu wachlarza, jaki te głowy tworzą. Po drugiej stronie drogi właśnie wylewano z betonu jakąś konstrukcję. Teraz już wiem, co było w zamyśle budowniczych.

Na pobliskiej Ferguson College Road – widuję młodych ludzi. I w zdumienie sprawia mnie rosnąca swoboda, z jaką się zachowują. Obyczajowość najwyraźniej się rozluźnia w tradycyjnych do szpiku kości Indiach. Pozytywną stroną zmian i rozwoju gospodarczego Puny – zapewne w pozostałej części Indii a zwłaszcza na prowincji zupełnie inaczej się je odczuwa, bo Puna należy do czołówki rozwijających się miast indyjskich. Wyprzedza ją chyba tylko Bombaj. No więc, w Punie łata się drogi, naprawia chodniki, niebywale ułatwia mi to poruszanie się po moim rewirze w pobliżu Instytutu. Co prawda uregulowany trakt dla pieszych, może znienacka zostać rozebrany i leżeć sobie tydzień albo i dwa poukładany bardziej w pionie niż w poziomie – w formie bloków z kostki brukowej, z niewiadomych przyczyn. Na podobne niespodziewane przeszkody na drodze należy być przygotowanym w każdym momencie. Do utrudnień tych należą – np. rezydująca przez dwa tygodnie – centralnie na chodniku pod Instytutem hałda żwiru, stopniowo roznoszona po okolicy przez przechodniów. Albo, przedmiot moich regularnych – prowadzonych o różnych porach dnia i w zmieniającym się świetle – obserwacji po drodze do instytutu – martwy szczur biernie poddający się rozkładowi na samym środku chodnika nieopodal dzikiego wysypiska śmieci i dwóch apartamentowców. Wymijanie tej bomby ekologicznej środkiem jezdni nierzadko oznaczało dość bliskie spotkanie z rikszą albo motocyklem.

Sam szacowny Instytut też się zmienia. Na wielu poziomach – począwszy od drobiazgów w postaci pojawienia się desek sedesowych w toaletach – tak, tak do tej pory były tam tylko ubikacje w stylu tureckim, teraz jest wybór. Skończywszy zaś na kilku organizacyjnych udogodnieniach, takich, jak – ogłaszanie zakończenia praktyki. Są to zdecydowanie zmiany korzystne, które ująłbym wspólnym mianownikiem, jakim jest rosnące otwarcie Instytutu na wpływy z zewnątrz. Odnoszę wrażenie, że wszyscy tam i nauczający i pomagający funkcjonować Instytutowi złagodnieli, spoglądają na nas wizytujących to miejsce łaskawszym okiem, dopuszczając myśl, że nasze gafy, niedociągnięcia i błędy wynikają nie tyle ze złej woli ile z niedoinformowania i niewiedzy. Kilkakrotnie byłam świadkiem przemowy Chandru do kogoś próbującego załatwić z nim swój interes po godzinach urzędowania. Tak już jest, ze raczej na zakupy przychodzi czas po praktyce własnej, a sklepik działa właśnie w godzinach, kiedy sala jest dostępna na praktykę własną. No więc zmęczony Chandru każdemu spóźnialskiemu cierpliwie i łagodnym głosem wyjaśnia – z automatyzmu tej reakcji wnioskuję, że praktykuje ją regularnie – jak nagranie – proszę nie przychodzić po 12. I tak obsługuje spóźnialskiego…

Kalendarz imprez

<<  Wrzesień 2018  >>
 Pn  Wt  Śr  Cz  Pt  So  N 
       1  2
  3  4  5  6  7  8  9
10111213
242526
webmaster