Gita i mój problem

Poranny czas na praktykę własną przez kolejne dni poświęcałam na ustawianie szyi w jej prawidłowym położeniu i już prawie odniosłam sukces… W piątek wrócił mi dobry nastrój i swoboda obracania głowy – co ma niebagatelne znaczenie na indyjskiej ulicy, która rządzi się prawami szybszego i silniejszego. Co prawda każdy nadjeżdżający pojazd widząc przechodnia trąbi, ale z uwagi na to, ze owo trąbienie jest wszechobecne przestaje się na nie zwracać uwagę – każde użycie klaksonu wtapia się w szum tła, na który składają się melodyjki wygrywane przez samochody na wstecznym biegu muzyka gra do póki samochód nie przestaje cofać, używa się klaksonu również profilaktycznie na przykład zbliżając się do pustego skrzyżowania. Tym sposobem bodaj we wtorek o mało nie wpadłam pod rikszę, bo obrócenie głowy zastąpiłam obrotem tułowia – co nie było tak szybkie. Do tego dochodzi skonfundowanie związane ze zmianą kierunków ruchu w stosunku do polskich realiów drogowych. No nic, było już dobrze i nadszedł czas na piątkową klasę Gity – wspaniała sekwencja zaawansowanych stojących na jednej nodze oraz pokrewnych im skłonów. Nic z tych rzeczy – ja robiłam zestaw menstruacyjny i to się bodaj zemściło. Na końcu po wyczerpaniu programu Sindu dorzuciła nam Viparita Dandasanę na krześle i Setubandhę na klocku i ten tandem niestety dobił moją szyję. To była prawdziwa katastrofa. Przede mną wizja weekendu ze sztywnym karkiem – czyli siedzenie w domu bo na ulicę strach wyjść.

Przez cały ten czas od poniedziałku do piątku włącznie prowadziłam negocjacje z Pandu na temat zezwolenia na asystę na klasach medycznych. Dwa lata wcześniej Corin odniosła w tej materii sukces po dwóch tygodniach – jednak to nie ja wtedy ubiegałam się o ten przywilej. Tym razem było inaczej i muszę powiedzieć, że uczestniczenie w słynnym już wśród bywalców Instytutu rytuale "come tomorrow" jest niełatwym doświadczeniem. Byłam, więc przez kolejne dni odsyłana z kwitkiem mimo, że pozostali ubiegający się o asystę już dawno pracowali z pacjentami. No cóż, z bolącą szyją – może nawet i lepiej, że tylko obserwuję – pocieszałam się siedząc pod oknem, na którymś z drewnianych przyrządów i robiąc notatki z sekwencji – oczywiście – szyjnych. Ostatniego dnia, w którym odbywała się klasa medyczna – w piątek pozazdrościłam pewnej młodej osobie z Niemiec, tego, ze zajęto się jej problemem szyjnym na zajęciach medycznych. Nie dalej jak dwie godziny później okazało się, że ja też jestem okazem do leczenia bardziej niż do praktykowania na klasach ogólnych.

Swoje przecierpiawszy w nocy, stawiłam się przerażona na klasie kobiecej w sobotę rano. Co za szczęście, ze Gita podjęła się prowadzenia tych klas w tym miesiącu. Procedura zgłaszania problemów zdrowotnych obecnie w Instytucie wymaga napisania listu do Gity. Dowiedziałam się o tym kilka dni wcześniej i list już miałam przygotowany, niemniej jakoś musiałam przetrwać klasę (kobieca – więc będą skłony, które mi tylko szyję dobiją) a po drugie weekend – a to wymagało zgłoszenia sprawy natychmiast – zanim klasa się zacznie. Byłam zupełnie zdezorientowana. Chandru, który prowadzi instytutowy sklep z przyrządami i książkami oraz nagrywa klasy powiedział, ze Gicie trzeba zgłosić sprawę po recytacji. Odśpiewaliśmy hymn do Patanjalego, po nim Uttanasana – a mnie boli i czuję, że nie dam rady. Zauważyła mnie Stephany i wypchnęła do Gity – ta zaordynowała dla mnie skręty w asyście Australijki. Odetchnęłam. Stephany zrobiła ze mną w czasie tych zajęć sekwencję terapeutyczną. Z szyją było już lepiej. Podeszłam do Gity – spojrzała na mnie ze zrozumieniem, wypytała Australijkę o stan mojego kręgosłupa i zaproponowała mi pracę na klasach medycznych. Tym sposobem moja batalia o dostanie się na te klasy zakończyła się sukcesem – można powiedzieć – połowicznym, bo trafiłam na nie oficjalnie jako pacjent dwa razy w tygodniu. Ćwiczyć miałam z Laurel – Amerykanką, która jest od roku w Instytucie na prawach studenta. Superwizować tę pracę miała Stephany.

Zanim ciąg dalszy moich przygód na klasach terapeutycznych – dwa słowa o praktyce z Gitą. Jak już pisałam po Gurujim widać podekscytowanie zbliżającymi się obchodami jego urodzin. I wydaje mi się, ze w pewnym stopniu również Gita jest dotknięta tą gorączką. Rozwija sekwencje w sposób mistrzowski – prowadzi w ten sposób do pozycji zaawansowanych grupę o bardzo zróżnicowanych możliwościach. Jest przy tym bardzo troskliwa, uważna – jak gdyby jej żarliwe zaangażowanie, które pamiętam sprzed dwóch lat ustąpiło bardziej miejsca współczuciu. Złagodniała i stała się cieplejsza w kontakcie. Dziś przyszła na praktykę dużo wcześniej i siedziała w miejscu, które zostało dla niej przygotowane i zwyczajnie patrzyła na nas – jak praktykujemy. Wyglądała cudownie – zupełnie jak matka ogarniająca wzrokiem swoją czeredę. Widać przy tym na zajęciach, jaką frajdę sprawia jej to, że i my się świetnie bawimy w trakcie wykonywania – często nieudolnie – trudnych asan. Jak zwykle jest dowcipna – w mniej złośliwy niż wcześniej sposób. Po prostu uwielbiam ją!

Gwałtowność Mistrza

Image A tymczasem stan mojej szyi się pogorszył i w poniedziałek w ogóle nie stawiłam się na klasach terapeutycznych – zamiast tego zażyłam środki przeciwzapalne. Klasę Gity mogłam jedynie obserwować – zazdroszcząc wszystkim, którym dane było przejść przez tę misternie utkaną konstrukcję skłonów i pozycji balansowych, gdzie zmiana pozycji poprzedzała zmianę strony. We wtorek przyszła kolej na debiut w roli pacjenta. Laurel zaczęła "rozbierać moją skoliozę na części składowe". Stephany doglądała całego procesu. Każdy pacjent na klasie medycznej jest trochę okazem – podchodzą do niego inni asystenci zaciekawieni tym, dlaczego stosuje się tu takie a nie inne rozwiązanie czy wariant pozycji. Laurel jest niezwykle otwarta i za każdym razem udziela wyczerpującej odpowiedzi, która momentami przeradza się w mały wykład. Wydaje się jednak, ze zarówno Laurel jak i Stephany polubiły pracę ze mną. Następnego dnia rano przyszłam na klasę kobiecą. Zajęłam miejsce w ostatnim rzędzie na linii wzroku Gity. Stephany znowu wzięła mnie pod swoją opiekę, co jakiś czas dając mi wskazówki dotyczące pracy, którą powinnam wykonywać. Wszystko to Gita musiała widzieć. Co więcej – jak się boleśnie przekonałam o tym później – widział to również Guruji. Guruji bowiem jest obecny na klasach kobiecych (bo wypadają one w godzinach jego praktyki własnej) i ćwiczy sobie przy przejściu do kantorka ze sprzętem. Teoretycznie wiec widzi każdą wchodzącą na zajęcia osobę, bo też każdy musi przejść do kantorka przynajmniej po matę. Ale z drugiej strony on najczęściej jest odwrócony do góry nogami, zwisa z tresera albo liny a w najlepszym przypadku leży na ławeczce do Viparita Danadasany. Tych przechodzących przed jego nosem osób jest z 80 jak nie ze 100. No tak, ale Guruji ma naprawdę niebywale wyostrzoną uwagę i doskonałą pamięć. Mam wrażenie, ze nic z niej nie kasuje. Te jego zdolności pozwalają mu na pełną kontrolę sytuacji w Instytucie.

Po południu tego samego dnia zostałam po praktyce własnej na klasie medycznej w charakterze obserwatora. Pacjenci powoli schodzili się, nie było jeszcze ani Gity ani Guruji. Ucięłam, więc sobie pogawędkę z Laurel o moim problemie. Nie podjęłyśmy jednak tematu pracy ze mną na tych zajęciach. Laurel znikła, ja zająłem się rozmową z kim innym, wyjęłam swój notatnik. A tu nagle zjawia się Laurel i mówi: "Wiem co zrobimy – Cross Bolsters". Oniemiałam – nie powinnam tu pracować z nią, bo byłam rano na klasie kobiecej, ale skoro tak, to chętnie skorzystam… Cross Bolsters były pomysłem Stephany. Laurel walczyła z tematem jakiś czas – układała mnie w pozycji, już prawie jej się udało, czyli zaczęłam się przyjemnie odprężać, aż tu nagle usłyszałam nad sobą gniewny głos Guruji. Przeszło mi przez myśl, że to z powodu mojej obecności na tych zajęciach, ale szybko to wyparłam. Mówił to do Gity w Marati. Gita podeszła do nas i zaczęła instruować Laurel, jak powinna mnie poprawić, żeby osiągnąć pożądany efekt. Iyengar w tym czasie czynił reprymendę Pandu, którego zdążono sprowadzić na salę. Ogólnie miałam wrażenie, że toczy się nade mną jakaś batalia, której być może jestem przedmiotem, ale nic z tego nie rozumiem. W momencie, w którym Laurel ułożyła moje ciało w odpowiedniej pozycji podpierając a mój umysł zaczął odpływać dotarło do mnie, że natychmiast powinnam z niej wyjść. Kiedy już stanęłam na nogi i spojrzałam w oczy Guruji, okazało się, że nie powinnam była zostawać na klasie jako pacjent skoro byłam już tego dania na klasie ogólnej. Ze słów Guruji o mnie skierowanych do Stephany zrozumiałam, ze jestem przypadkiem medycznym i nie powinnam chodzić na normalne klasy – w zamian zaś zostać tylko na klasach medycznych. Spotkał mnie, zatem w pełnym zakresie awans do roli pacjenta. Pocieszam się tylko myślą, ze mogę obserwować i zapisywać klasy Gity oraz poznać klasę medyczną od drugiej strony. Czas najwyższy…

Miejscówki na schodach


W istocie rzeczy moja perspektywa od czasu opisanych wyżej wypadków uległa zmianie. Zamiast praktykować – obserwuję klasy Gity. Obserwatorzy usytuowani są na otwartej, krętej klatce schodowej prowadzącej do sali na kondygnacji wyżej, w które odbywają się zajęcia dla początkujących. Klatka ta więc w przerwach między zajęciami "na górze" – jak się to tu określa – zapełnia się oczekującymi. Nawet bez tej niedogodności – wysiadywanie dwóch godzin zajęć na wąskich z natury i jeszcze do tego zwężających się stopniach nijak nie korespondujących swoim kształtem z siedzeniem w pozycji ułatwiającej obserwowanie sali – jest bardzo wyrafinowaną torturą samą w sobie. Obserwatorzy – żywo zainteresowani przebiegiem klasy – stłoczeni nierzadko bywają w najbardziej fascynujących momentach proszeni o zejście do hallu na dole, żeby nie tamować przepływu uczniów opuszczających zajęcia na górze i wspinających się do góry. Robienie notatek w tych warunkach wymaga niezwykłej zręczności, nie mówiąc już o tempie, w jakim Gita podaje komendy. Chcąc zachować jak najwyższą wierność przekazu – zaczęłam wtrącać wyrażenia angielskie, które z dnia na dzień zaczęły się mnożyć w moich notatkach. W rezultacie od drugiego tygodnia ku uciesze moich anglojęzycznych znajomych – zaczęłam notować wszystko jak leci po angielsku.

Do niewątpliwych korzyści płynących z tego niewygodnego położenia, w jakim się znalazłam w trakcie klas należy możliwość swobodnego przyglądania się Gicie. A jest to zajęcie dla mnie fascynujące. Ponieważ Gita na zajęciach iskrzy energią, jest absolutnie pochłonięta nauczaniem, totalnie skupiona na obserwacji grupy. Ten niezwykle intensywny kontakt z grupą umożliwia jej błyskawiczną reakcję na to, co zachodzi na sali. Choćby było to uniesienie głowy przez którąś z osób wykonujących zestaw menstruacyjny. Na klasach kobiecych, kiedy na sali są asystenci i uczniowie wymagający szczególnej troski z uwagi swój problem zdrowotny, Gita oprócz roli nauczyciela wciela się w rolę dyrygenta mającego pod swoją batutą orkiestrę, chór i gongi. Było to akurat w tygodniu wygięć do tyłu – nie ma to tamto – prawdziwe klasy z siedmioma mostkami, na każdej z nich. Wiem, bo liczyłam… Jak wiadomo, do mostków wchodzi tylko cześć osób. Na szczęście na sali była to większość. Zostawmy na boku panie w czasie okresu, którym Gita na bieżąco, kiedy grupa odpoczywała między intensywnymi wygięciami, podawała instrukcje dotyczące sekwencji. Na sali znajdowało się kilka osób wykonujących swoje zestawy – częściowo z pomocą asystenta – na które to osoby Gita też miała oko. Przyszło do wchodzenia do mostków – skierowała osoby, które samodzielnie nie wchodzą do nich do rogu sali przy wejściu i tam też zgrupowali się asystenci. Wszystko po to, żeby – jak to sama żartobliwie określiła potem "nauczyciele nie musieli skakać jak Hanuman z jednego końca na drugi, żeby pomagać wejść do pozycji". W efekcie Gita przerwała klasę, bo całą operacja nie powiodła się, z uwagi na niezrozumienie sytuacji zarówno przez asystentów jak i nieudolnych uczniów. Czekał nas to kolejny z licznych ostatnio wykładów popartych demonstracją – Gita takich okazji nie odpuszcza. Jeśli tylko uda jej się zdiagnozować błąd – natychmiast przystępuje do usuwania przyczyn zaistnienia tej sytuacji. Wyrwani z transu wygięć uczniowie zgromadzili się wokół Gity, która na jednej z indyjskich uczennic demonstrowała unoszenie. Tu oczywiście zainteresowany przekazem obserwator ze schodów musi się w równie błyskawiczny sposób znaleźć w pozycji umożliwiającej mu obserwowanie sytuacji edukacyjnej. To oznacza, ze trzeba wspiąć się na barierkę, albo na któryś z przyrządów w pobliżu. Ewentualnie przeskoczyć barierkę i dać susa w tłum gapiów.

Zasada współczucia


Podobnych sytuacji, które Gita traktowała jako doskonały powód do wygłoszenia krótkiego wykładu było wiele. Generalnie można powiedzieć, że starała się nam uzmysłowić powiązanie między sposobem, w jaki praktykujemy i tym, co znajdujemy w odczuciach płynących z prawidłowego wykonania asany a tym jak poprawiamy pacjentów na klasach medycznych. Prawidłowe ułożenie naszego ciała ma nam służyć za drogowskaz w poszukiwaniu sposobu na odtworzenie tegoż u osób, z którymi pracujemy terapeutycznie. Bowiem – jak to Gita ujęła w jednym ze swoich ostatnich artykułów w wydawanym w Instytucie czasopiśmie – Yoga Rahasya – "nie jest ważna pozycja a kształt ciała". A kształt ciała koresponduje z efektem fizjologicznym i mentalnym, który najlepiej jest poznać przez własne doświadczenie. Zarówno Gita jak i sam Guruji nazywają aplikowanie tej zasady w praktyce – okazywaniem współczucia. Nawet, jeśli oznacza ono zaordynowanie pacjentowi czegoś nieprzyjemnego o ile nie – bolesnego.

Biblioteka

Biblioteka instytutowa mieści się w przyziemiu. Jest wąskim pomieszczeniem o nieregularnym kształcie odtwarzającym krzywiznę ścian budynku, który się nad nią wznosi. Prowadzą do niej długie, strome schody. O ile na moje pierwsze widzenie z Guruji – to on się po nich wspiął, o tyle tym razem – to ja musiałam zstąpić do podziemi. I zastosowanie tu tego dramatycznego czasownika ma swoje uzasadnienie. Odkładałam ten obowiązek w z dnia na dzień, jak unika się zadania stresującego i niewygodnego. Bo w istocie – czułam się niezręcznie w podwójnej roli prezentującego i prezentowanego nowego Prezesa PSJI. Nie byłam pewna, czy list z Polski o wyborach dostał się już w ręce Guruji, co gorsza – nie umiałam znaleźć odpowiedniego sformułowania dla tego, co zamierzałam mu powiedzieć.

Jednak najgorsze było to, że w przeddzień już-dziś-naprawdę-pójdę-się-przedstawić nastąpił kataklizm w postaci opisanych wyżej zdarzeń z klasy medycznej. Musiałam odczekać. Przez cały kolejny tydzień śledziłam uważnie reakcje Guruji na widok mojej osoby – wyraz oczu, kształt ust, ilość zmarszczek na czole. Nie było dobrze… W końcu postanowiłam – schodzę na dół – przynajmniej poznam bibliotekę.
Obie zakrzywione ściany szczelnie wypełniały grzbiety książek pozamykane w gablotach. Pozostałe dwie ściany z uwagi na szczupłość pomieszczenia stanowiły drzwi z jednaj strony a z drugiej kolejne regały. Odległość między regałami na przeciwległych ścianach pozwalała na ustawienie stołu do pracy z krzesłami do jogi oraz pozostawienie wąziutkiego przejścia. W głębi pod wąską ścianą znajdował się stół ze stacjonarnym komputerem. Wszystko skąpane w szpitalnym świetle jarzeniówek. Uprzywilejowanym – aczkolwiek nie centralnym miejscem biblioteki jest biurko Guruji. Siedzi przy nim zwrócony twarzą do osób zajmujących miejsce przy stole.

Kiedy weszłam do pomieszczenia akurat grupka Hindusów spoza Instytutu ustawiała krzesła wokół jego biurka. Usiadłam w głębi – przy stole z komputerem. Spojrzałam w jego stronę. Jak zwykle ubrany był na biało. Musze na marginesie przyznać, że stroje Guruji dobiera z ogromnym smakiem. Biały strój podkreślał śnieżnobiałą siwiznę włosów wciąż okalających jego twarz jak i bujnych brwi – z wiekiem zagarniających coraz więcej przestrzeni z czoła. Zupełnie jakby włosy głowy ustępowały miejsca brwiom. Pomimo tego, że Guruji ma niezwykle wyraziste i ostre rysy twarzy postronny obserwator – chyba za sprawą regularnego kształtu czaszki – odnosi wrażenie, że oto spogląda na dostojnego, acz jeszcze niezwykle temperamentnego starszego człowieka, od którego bije jakaś wewnętrzna harmonia. Uśmiechał się do zgromadzonych wokół niego słuchaczy. Jest w dobrym nastroju – pomyślałam.

Podeszłam do regału, otwarłam go pociągając za pomalowane na biało obramowanie szyby. Wybrałam półkę z publikacjami Guruji. Wyjęłam zebrane w jeden tom Yoga Rahasya z lat 90tych. Oczywiście natychmiast natrafiłam na artykuł o terapii odcinka szyjnego. Wróciłam na swoje miejsce, zaczęłam przeglądać tekst. Nie bardzo mogłam skupić się na lekturze. Co jakiś czas podnosiłam wzrok znad książki i zerkałam na Guruji. Pochwycił któreś z moich spojrzeń i wtedy pomyślałam: "Nie ma odwrotu". Kiedy Hindusi się pożegnali i jakiś Belg uzyskał od Guruji autograf oraz pouczenie dotyczące certyfikacji w swoim kraju. Odczekałam chwilę obserwując jak Mistrz porządkuje papierzyska na swoim przystrojonym bukietem kwiatów biurku. Wzięłam torbę na ramię, odłożyłam książkę i kierując się do drzwi wciąż nie wiedziałam, czy się zdobędę na przedstawienie się. I kiedy już mijałam jego biurko, przykucnęłam, żeby się pokłonić i po krótkim przedstawieniu sytuacji otrzymałam w odpowiedzi promienisty uśmiech Mistrza, który przyznał, że list z Polski dotarł i spodziewał się kogoś, czyli mnie. Położył rękę na mojej głowie i powiedział: "God Bless you". Kamień spadł mi z serca… a skrzydła urosły u ramion. Byłam naprawdę szczęśliwa.

Kilka następnych dni Guruji spoglądał na mnie łaskawszym okiem a kiedy się kłaniałam nawet uśmiechał.
webmaster