Asystenci

Po drugie uczestniczą oni w klasach Gity i Prasianta. Na klasach kobiecych, które w tym miesiącu ku mojej wielkiej radości prowadzi Gita asystują poprawiając uczniów, zajmując się szczególnymi przypadkami terapeutycznymi, albo po prostu paniami w czasie okresu. Zdarza się, że są modelami na platformie. Na piątkowej klasie asan prowadzonych przez Gitę byłam akurat w grupie menstruacyjnej i w trakcie, kiedy większość osób wykonywała świecę z wariantami wpatrując się w uwieszone u sufitu wiatraki i lampy, ja mogłam podglądać to, co działo się na platformie. Całą klasę Gita siedziała otoczona wianuszkiem asystentów, wśród których była też Abbie. Podążali oni za sekwencją lekcji – swoją drogą był to przykład pięknej pracy w skłonach. Za każdym razem jestem zdumiona kunsztem Gity, która potrafi poprowadzić uczniów o niezwykle zróżnicowanym poziomie do pozycji zaawansowanych w sposób, który nie zostawia nikogo bez poczucia rodzaju pracy, jaki ma być wykonany. No, więc owa sekwencja zmierzała do coraz to bardziej zaawansowanych pozycji i w którymś momencie została przerwana. Kiedy przyszło do Sarvangasany – okazało się, że dla asystentów z platformy nie ma miejsca. Wykorzystując okazję dopowiedzieli to, czego nie udało się powiedzieć Gicie robiąc kolejne pozycje w sekwencji skłonów. Patrzyłam na nich jak na dzieci, które świetnie się bawią. Mimo, ze każde z nich robi swoje pozostają w doskonałej komitywie, podpatrując się nawzajem, wspierając, jakby łączyła ich niewidzialna zależność. Radośnie brykali sobie wokół Gity, która jak matrona z pobłażliwością pozwalała im na to. W końcu są dostatecznie wyrośnięci… Jej cała uwaga koncentrowała się na nas – jeszcze raczkujących w praktyce.

Na tym jednak nie koniec obowiązków asystentów w Instytucie. Ich grono nieco się powiększa w trakcie klas medycznych. Przychodzą też osoby, które na co dzień nie są tu obecne. Ich zadaniem jest pomoc pacjentom oraz nadzorowanie pracy asystentów z Zachodu, czyli osób odbywających szkolenie w tym względzie. Ta praca jest szczególnie wyczerpująca, ponieważ wymaga od nich wytężonej uwagi oraz zwyczajnej siły fizycznej. Są przy tym energiczni i anielsko cierpliwi. Niektóre osoby spośród tego węższego grona – prowadzi zajęcia w miesiącach, kiedy Gita nie naucza, albo regularnie w sali na górze, gdzie praktykują osoby początkujące (tzn. które ćwiczą krócej niż 8 lat albo nie mają certyfikatu nauczycielskiego), czyli zwykłe klasy dla miejscowych. Oprócz tego asystenci imają się wszelkich zajęć dodatkowych typu sprzedaż koszulek z nadrukiem logo Instytutu.

W gronie tym z tego, co mi wiadomo jest tylko jedna osoba z Zachodu – Stephany Querk z Australii. Jest w Instytucie cały czas za wyjątkiem tych nielicznych wyjazdów, w trakcie których dzieli się na bieżąco zdobytą w Instytucie wiedzą. Jej pomocnej ręki doświadczyłam sama. Na mój problem zareagowała natychmiast i widząc moją bezradność otoczyła mnie opieką. Z jej konsultacji z Gitą na mój temat wywnioskowałam, ze Gita darzy ją dużym zaufaniem. Przytrafiła mi się kontuzja szyi i na klasę kobiecą w sobotę trafiłam nie mogąc kręcić głową i co gorsza robić wielu pozycji z zaplanowanej na ten dzień sekwencji. Właśnie za radą Stephany zgłosiłam sprawę Gicie a ta z kolei przekazała mnie w ręce Stephany podając dwie pierwsze pozycje, które ma ze mną wykonać. Zostałam potraktowana jak pacjent na klasie medycznej – z troską i uwagą. Zawdzięczam to właśnie Stephany.

Nie przypadkiem pozostałe osoby tworzące grono asystentów to Hindusi, albo Persowie. Taka jest, bowiem wola Guruji i takie są jego preferencje, które trudno tu podważać czy z nimi dyskutować. Widzi on różnicę miedzy umysłowością uczniów z Zachodu i miejscowych – zdecydowanie bardziej ceni i darzy większym zaufaniem postawę indyjską. Wiec, kogo my tu mamy?

Pierwszą i niekwestionowaną osobą w tym gronie jest Abbie, której nie muszę przedstawiać. Wnuczka Guruji. Wiele miejsca poświęciłam jej w relacji z poprzedniego pobytu. Jest cierpliwa, radosna i bez reszty oddana sprawie – nauczaniu swojego dziadka. Kiedy sytuacja tego wymaga jak na klasach medycznych działa zdecydowanie i bez zbędnych gestów. Kiedy trzeba przyjąć lekcję od mistrza – jest pokorna. Właściwie uśmiech z jej twarzy nie znika. Pozostaje wierzyć, że bez wyrzeczeń, które spotkały Gitę będzie w stanie przejąć dziedzictwo BKS Iyengara, czyli, że podoła pogodzeniu życia rodzinnego z nauczaniem. Jest w każdym razie do tego przygotowywana intensywnie od lat.

Raj Lakszmi – z wykształcenia lekarz. Drobna i szczupła pani po 50tce z siwym warkoczem o szlachetnych rysach twarzy, na których wypisana jest mądrość i łagodność. Uosobienie współczucia i pokory. Jest obecna w sposób dyskretny i bardzo przy tym przystępna. Po niej najbardziej widać zmęczenie wieloletnią obecnością w Instytucie.

Chandra – jest ucieleśnieniem tego, co u nas nazywa się "żywym srebrem", co w sposób symboliczny koresponduje z jej imieniem oznaczającym księżyc. Ma bardzo ciemną skórę, jest nieco korpulentna i w jej smagłej twarzy błyskają tylko białka oczu i czasami białe zęby, kiedy się uśmiecha. Czuje się jej obecność, nawet kiedy nie ma się jej w zasięgu wzroku, niechybnie znajdzie się najdalej za minutę – bo w charakterystyczny sposób mówi i często się śmieje – nie pozostawiając właściwie miejsca na przerwy miedzy wyrazami – wysokim, nieco wznoszącym się a mimo to chropowatym głosem. Chandra nigdy nie spędza przy pacjencie dłużej niż kilka minut jest błyskawiczna.

Ray – wysoki i szczupły młody Hindus. Jak udało mi się ustalić – absolwent filozofii na uniwersytecie w Punie. W szczery i absolutny sposób oddany uczeń Guruji. Obecny przy nim od dzieciństwa. Pamiętam jego entuzjazm sprzed dwóch lat i od tamtego czasu w ogóle się nie zmienił. Jego oczy są czyste i choć tęczówki ma brązowe – sprawiają wrażenie zupełnie transparentnych – jak gdyby nie miał żadnych barier przed światem. W niezmącony sposób ufny. Musiałam się dowiadywać o to jak ma na imię, bo nie słyszałam, jeszcze, żeby ktokolwiek musiał go wołać – zjawia się sam, kiedy jest potrzebny. Wiekiem zbliżony jest do Abbie, więc w naturalny sposób wyczuwa się między nimi nić porozumienia i sympatii – przyjacielską zażyłość. Pomaganie na klasach medycznych polega w znacznej mierze na umiejętnym dociskaniu albo obciążaniu własnym ciężarem ciała wybranych miejsc ciała pacjenta. Można robić to na wiele sposobów i ten młody człowiek spontanicznie robi to jakby nie przestawał się bawić tym zajęciem. Nie mogłam uwierzyć własnym oczom, kiedy zobaczyłam jak wisi na linie z nogami założonymi za głową w Yoga Nidrasanie przynosząc tym samym ulgę lędźwiom wspomnianego wyżej pacjenta z problemem szyjnym.

Doktor Manesz – to kolejna osoba o wykształceniu medycznym. Pan w średnim wieku – młodszy od Raj Lakszmi. Nosi wąsa i okulary oraz doklejony do twarzy kwaśny uśmiech. Mogę jedynie domniemywać powodów tej reakcji mimicznej. Jest bez wątpienia wiernym i oddanym uczniem Guruji. Jednak dla samego Iyengra wydaje się on uosabiać tę część świata, która wierząc w poparte badaniami naukowymi tezy ruguje jego dorobek życia. Wiele energii Guruji poświęca na to, by na swój sposób przeprowadzać dowody prawdziwości swojej wiedzy w obliczu tego właśnie człowieka. Woła go ilekroć na klasie medycznej pojawi się ciekawy przypadek zastosowania instrukcji. Demonstruje na nim właśnie warianty odnoszące efekt fizjologiczny. Widziałam jak wisząc do góry nogami na linie z 5 kg ciężarem i lewego łokcia próbował na polecenie Guruji poczuć efekt tej pozycji dla otwarcia aorty oraz wiele innych podobnych przykładów.

Sindu – o szczerej twarzy i okrągłej figurze. Szczebiocze wysokim głosem. To ona sprzedaje koszulki i specjalne spodenki do jogi.

Motkar – spotkania z nim najbardziej się obawiałam. Pierwsze ostrzeżenie, jakie dotarło do mnie od innych osób obecnych w Instytucie, było – "nie daj się złapać Motkarowi". Uchodzi za przyjaciela Polaków i wielu z nich pomagał się znaleźć zakwaterowanie w Punie. Niemniej w wyrazie swojej sympatii posuwa się dużo dalej – zaprasza mianowicie do siebie na obiad. Nie toleruje podobno odmowy. Ponieważ nie zostałam do tej pory zaproszona podejrzewam, ze nie zidentyfikował mnie jeszcze jako osoby z Polski. Jego pomruki na klasie medycznej przypominają głos Gurujiego. Niski i bardzo krępy. Jego ciało sprawia wrażenie jakby było wyciosane z jednego kawałka hebanu, bo tez skórę ma bardzo ciemną. Twarz poczciwa, ja jednak nie mogę odpędzić od siebie skojarzenia, które nachodzi mnie za każdym razem, kiedy mija mnie na klasie medycznej niosąc linę, że oto ma do czynienia z oprawcą z kategorii rzeźniczej.

Amrit – kolejny entuzjasta Gurujiego pośród młodszej generacji Hindusów. Oddany bez reszty pomocy pacjentom na klasach medycznych – naprawdę w sposób godny podziwu nie oszczędza się, jeśli trzeba używając siły dociska, poprawia w każdej sytuacji, kiedy widzi potencjalną niewygodę. Działa szybko i konkretnie. Nie dziwię się, ze pojawia się tylko dwa razy w tygodniu. Na praktyce Gurujiego nieobecny.
Amrit został posłany przez Mistrza z misją niesienia kaganka edukacji jogicznej między możnych. Prowadzi prywatne klasy z elitą Puny – głównie z najwyżej sytuowanymi menadżerami. Guruji najwyraźniej zdaje sobie sprawę, że bez podobnych udogodnień te osoby nie dotrą do tej wiedzy.

W gronie osób blisko związanych z Instytutem wypatrzyłam dwie Iranki. Jedną z nich jest starsza już Zarin, która wnosi na klasy medyczne kartotekę instytutową zawierająca informacje o wszystkich pacjentach przebywających na klasach medycznych oraz wiele ciepła i troski. Na pacjentów patrzą łagodnie jej miodowe oczy spod falbanki siwych włosów.

Moje klasy medyczne

Kartoteka medyczna RIMYI jest wielkim segregatorem pełnym papierów, na każdym z nich widnieje imię i nazwisko pacjenta, jego wiek oraz wykaz schorzeń, na jakie cierpi. Potem – to już zależy… czasem tabela z pozycjami, czasem wydrukowana lista, na której najczęściej nadpisane są uwagi długopisem, albo po prostu druga sekwencja – ponieważ sekwencje instytutowe ewoluują… ale to temat na dłużą pogadankę.

ImageMnie w drugim tygodniu listopada przypadł w udziale – jak to z niewielkiej perspektywy czasu oceniam – przywilej bycia pacjentem na klasach medycznych. Nota bene – bez kartoteki, nieewidencjonowaną jednostką, co było dla mnie tyleż wygodne, co kłopotliwe. Po przygodach z Gurujim wiedziałam już, że nie mogę być na dwóch klasach tego samego dnia i że mam przede wszystkim zadbać o stan swojej szyi. Gita nie odpisała na mój list zastawiając mnie w rękach Stephany i Laurel. Stephany ułożyła mi sekwencję a Laurel pilnowała wykonania. Lourel zajmowała się mną dość skrupulatnie przez pierwszy tydzień, potem z mniejszym natężeniem w kolejnym – już bardziej nadzorując moją autokorektę niż układając mnie w pozycjach. W trzecim tygodniu wyszłam zupełnie spod skrzydeł "matki" – na, co od razu pojawił się głos jednej z Indyjskich asystentek, która zobaczyła, ze już nie nosze jednego z zaordynowanych mi pasków – "mamy nie ma i zaczyna się oszukiwanie…".

ImageW trzecim tygodniu zostałam zostawiona sama sobie. Byłam już stałym bywalcem klas medycznych z nieoznaczoną rezerwacją miejsca na podłodze, które zawsze na początku zajęć okupowałam w pozycjach relaksowych rozpoczynających moją sekwencję. To niebywałe, że to miejsce było zawsze wolne, mimo, ze na klasie tej panuje tłok. Niezależnie od tego czy byłam wcześniej, czy przychodziłam lekko spóźniona. Poczułam się bezpiecznie. Minęła trauma wywołana gwałtowną interwencją Guruji i właściwie to, co po niej nastąpiło – czyli chłodna obojętność z jego strony pozwoliło mi na zupełnie swobodne przebywanie z Gurujim obok, bez stresu. Cierpliwie dzień po dniu odtwarzałam te same pozycje, aż zaczęłam widzieć w tym leżeniu "na propsach" głęboki sens poparty wieloma latami praktyki własnej jak i obserwacji uczniów. "Zasada współczucia", o której mówił Guruji i Gita w istocie zadziałała. Pozostawię ten temat na razie otwartym, bo wymaga on potraktowania w osobnym artykule.

Kalendarz imprez

<<  Czerwiec 2018  >>
 Pn  Wt  Śr  Cz  Pt  So  N 
      1  2  3
  4  5  6  7  8  910
11121314151617
181920212223
 
webmaster