Tatuaże z henny


Image Wokół nas zebrał się tłum gapiów – no bo coś takiego – wzorki wycinanek na pieczątkach widać bardzo wyraźnie na jasnej skórze – zdarza się rzadko. Dziewczyna ledwo skończyła tatuować mi jedną rękę, gdy jej starsza koleżanka wyrwała ją i krytykując efekty pracy dodała dwa motywy. Po czym przejęła mnie, żeby dokończyć dzieło dekorując drugą rękę. Muszę przyznać, ze widać było różnicę w sensie rzemieślniczym i artystycznym – najwyraźniej ta starsza była bardziej doświadczona. Przybijała pieczątki dokładnie dzięki, czemu moja prawa ręka od łokcia po koniuszki palców utrzymywała dekorację przez cały następny tydzień. Dekoracja z lewej zbladła szybciej. Motywy, którymi Hinduski przystroiły moje przedramiona i dłonie żywo przypominały mi wycinanki ludowe znane mi z Polski. Dzieło zakończono i przyszło do płacenia. Ale jak tu zapłacić, kiedy moje ręce oblepia henna. Każda przymiarka do otwarcia torby kończyła się czerwonym śladem na klapie torby. Cena nie była mała – 100 Rupii. Bezradna powiedziałam, ze zapłacę, jak dzieło wyschnie. I kiedy tak stałam rozkładając ręce raczej do suszenia niż na znak swojej bezradności zainteresowała się mną pewna sympatyczna młoda Hinduska – pochwaliła wzorki i spytała ile płacę. Image Przyznałam się do ceny i w momencie jej promienny uśmiech zszedł z twarzy ustępując miejsca grymasowi oburzenia. W równie nagły sposób przeszła z angielskiego do Marati i wyglądało na to, że zaczyna robić awanturę dziewczynom. Sprawą zainteresował się jeszcze pewien pan i oboje wdali się w gwałtowną dyskusję z dziewczynami, w rezultacie której cena zmniejszyła się o połowę. Uprzejmość mojej nowej znajomej – bo doszło w międzyczasie do wymiany imion – poszła dalej – doradziła, że zaraz powinnam zmyć hennę wskazała miejsce gdzie jest dostępna woda. W końcu mogłam dopełnić transakcji. Moje wytatuowane po łokcie ręce robiły przez kolejny tydzień furorę w Instytucie.

Pogoda rozładowała się dopiero w poniedziałek wieczorem, kiedy to nad Puną przeszła ulewna burza z piorunami. Zaczęła się w trakcie klasy Gity. Stojąc koło okna nie słyszałam instrukcji. Ustąpiła na chwilę zezwalając nam na powrót do domu i powróciła, żeby smagać deszczem ulice Puny do północy. Od tamtej pory niebo jest przejrzyste, każdy dzień zalany jest czystym światłem słonecznym, a poranki i wieczory są rześkie. Mamy zimę. Kiedy robi się ciemno, a zdarza się, że na ulicach Puny jest bardzo ciemno, z uwagi na czasowe wyłączanie latarni ulicznych – dociera do mnie czym tu się oddycha. W smugach świateł pojazdów kłębi się kurz – powietrze, które wdychamy staje się namacalną – gęstą materią. Ulica w świetle latarni przypomina zaś łaźnię parową.

Przed wielkim świętem

imagePrzygotowania trwają pełną parą od połowy listopada, kiedy to zaczęto rozdawać zaproszenia na uroczystości rodzinne. Zgodnie z tradycyjnym indyjskim kalendarzem – Guruji obchodzi urodziny 10 grudnia. Z tej okazji rodzina Iyengarów przygotowała uroczystość. Gita niestrudzenie po każdej klasie zaprasza uczniów wraz z rodzinami na tę część obchodów. Mile widziani są wszyscy chętni.

Od kiedy uczęszczam na klasy obserwuję prace wokół instytutu, które mają przywrócić świetność i blask wizerunkom Mistrza na zewnątrz budynku. Statuetka Guruji w Natarajasanie była odnawiana przez cały miesiąc. Ostatnim etapem prac było nałożenie świeżej warstwy farby na pomnik. Odświeżone zostały też płaskorzeźby na elewacji budynku, oraz postument, na którym stoi popiersie Ramamani Iyengar. Craig – znajomy z Londynu zajmował się pucowaniem kamyków zdobiących postument z Ramamani oraz malowaniem na różowo lotosów ustawionych w narożnikach postumentu. Wszystko wokół zaczyna błyszczeć.

 Mnie jednak najbardziej cieszy efekt uboczny tych przygotowań. W sobotę poprzedzającą obchody – został uruchomiony sklepik z artykułami okolicznościowymi związanymi z urodzinami Guruji. Organizatorzy przedsięwzięcia podeszli do sprawy profesjonalnie i zadbali o odpowiednią reklamę. Po zakończeniu klasy kobiecej – Abbie i Ray – którzy na czele szwadronu asystentów angażują się w organizację uroczystości – przynieśli wszystkie dostępne artykuły. Gita już wiedziała, co z nimi zrobić. Zaprezentowała, każdy z nich sowicie okraszając je swoimi rozbrajająco bezpośrednimi i dowcipnymi uwagami. Wytłumaczyła, dlaczego w logo urodzin Guruji dziewięćdziesiąt napisane jest w Marati a nie cyframi rzymskimi. Otóż, kształt dziewiątki i zera w Marati przywodzi skojarzenie z ruchem okrężnym w dwóch przeciwnych kierunkach – tak ja kolano w Virasanie widniejącej też w logo rotuje się po wewnętrznej stronie od środka na zewnątrz a po zewnętrznej od zewnątrz do środka. Wszystkie artykuły otrzymały brawa. Asortyment jest bogaty – od tekstyliów: torby we wszystkich kolorach tęczy, koszulki, bluzy po artykuły papiernicze – notatniki, tablice edukacyjne i – moim zdaniem – perełkę – kalendarze ścienne z pięknymi czarno-białymi zdjęciami Guruji. Można tu spędzić fortunę.

Otóż ów sklepik został zaaranżowany na podwórku Instytutu. Ustawiono długi rząd stołów, przy których kolekcjonuje się karteczki z nazwą artykułu, który zamierzamy zakupić. Ilość karteczek odpowiada ilości sztuk. Następnie z karteczkami wędrujemy do stoliczka gdzie wystawiany jest rachunek i inkasowane są pieniądze i na końcu Zarin z pomocą innych osób wydaje zamówione artykuły zamieniając je na karteczki. I tak obieg papierów się zamyka. Stopień złożoności systemu realizacji zamówień przypomina funkcjonowanie jakiejś kafkowskiej machiny biurokratycznej.

Poza tym, że miałam dzięki temu możliwość widzieć Abbie częściej w Punjabi niż w szortach do jogi – roześmianą – w gronie rówieśników – miałam też okazję zobaczyć rodzinę Iyengarów. W godzinach, w których sklepik się zwijał – tzn. zabierano papierki i towar a pozostawiano stoły i krzesła – mieszkańcy ciasnego domu przy Instytucie wylegali na zewnątrz, jakby tylko czekali na to, żeby im tego rodzaju okazję stworzyć. Można było widzieć ojca Abbie – brzuchatego i brodatego Bramina z Tamil Nadu jak siedzi i konferuje z innym siwym panem. A jest to widok rzadki, bo zazwyczaj widywałam go w Baddhakonasanie z ciężarami na udach pod ścianą z linami – łypiącego niespokojnym okiem na poczynania swojego teścia w stosunku do Abbie. Guruji teraz też chętniej przesiaduje przed domem, brakuje mi tylko Gity. Sprzedawcami w urodzinowym sklepiku są indyjscy asystenci z Instytutu – bo któżby inny?

Obchody – odsłona pierwsza

Zajęcia w Instytucie w grudniu przerwano na czas obchodów urodzin Guruji. Zgodnie z zapowiedziami Gity – tradycyjna część uroczystości miała się odbyć w środę 10go grudnia, czyli zgodnie z tradycyjnym indyjskim kalendarzem. Zajęcia odbywały się do poniedziałku włącznie i we wtorek mieliśmy już wolne. Był to dzień, w którym do Puny zaczęli zjeżdżać wszyscy nieobecni tu jeszcze ważni uczniowie Gurujiego. Na przykład Konrad Kocot. Ponieważ zajmowałam się uzupełnianiem tych relacji nie było mnie pod Instytutem – od Konrada wiem, że dotarli Faeq z Corin Biria, Jordi Marti z Barcelony, Gloria Goldberg z USA i zapewne wielu innych, którzy Instytut traktują jak dom w tym mieście. Miejsce skrajnie oswojone.

Ten wielki dzień miał nastąpić w środę. Obudziłam się bladym świtem – tzn. w zupełnych ciemnościach, które panują tu o 6 rano. Poranek był chłodny. Wraz z moją nową współlokatorką wyszłyśmy z mieszkania przed 7, złapałyśmy rikszę. Kiedy wysiadałyśmy z niej było już prawie jasno, jednak światło poranka było bardzo blade i rozproszone, chłód się cały czas utrzymywał. Byłyśmy jednymi z pierwszych gości. Przywitała nas najmłodsza z rodzeństwa BKS Iyengara. Samego solenizanta jeszcze nie było. Przed wejściem – na ulicy usypywano randoli, czyli takie graffiti z kolorowych proszków. Wewnątrz zastałyśmy rzędy plastikowych krzeseł przygotowanych dla gości a poza tym – nielicznych już przybyłych – głównie uczniów z Instytutu pilnie czytających zaproszenia – opatrzone uwagą: "proszę o przybycie na 30 min. przez rozpoczęciem".

Wśród nich był Konrad, Asia Lewicka i Ewa Freindorf. Dzień później dołączyła do nas Agnieszka Dołęgiewicz – czyli nasza polska reprezentacja została skompletowana. Wśród osób znajomych oprócz tych, których wymieniłam wyżej spotkaliśmy Ritę Keller, która przyznała, że Niemców jest ośmioro. Pomyślałam – proporcja jest, zatem zachowana między naszymi delegacjami a liczebnością kraju, który reprezentujemy. Guruji przybył na miejsce wraz z pozostałymi członkami rodziny. Ich grupę poprzedziła Gita widząc pierwszych spieszących by pokłonić się przed Mistrzem – z wyciągniętymi ramionami zbliżała się do nas niemalże biegnąć i wołając – "nie dotykajcie jego stóp!". Jak zwykle niemalże własną piersią ochraniała swojego Ojca i Nauczyciela. Guruji ubrany w białą kurtę szedł w asyście Abhijaty, Prasianta, Sunity i innych. Abbie wygadała olśniewająco w sari. Nie wiedziałam jeszcze wtedy jak wielką ucztą dla moich oczu będzie ta uroczystość i jak wiele razy jeszcze zachwycę się urodą kobiet odzianych w sari, zwłaszcza Hindusek – asystentek z Instytutu, które zazwyczaj widuję w szortach do jogi i podkoszulkach. Różnica jest tak wielka, ze właściwie można mówić o innym wcieleniu.

Kalendarz imprez

<<  Wrzesień 2018  >>
 Pn  Wt  Śr  Cz  Pt  So  N 
       1  2
  3  4  5  6  7  8  9
10111213
242526
webmaster