Wielki ogień

Guruji zasiadł nisko razem z braminami sziwaickimi odzianymi tylko w owiniętą wokół bioder i nóg białą płachtę z trzema równoległymi ułożonymi poziomo kreskami na czole. Zdjął kurtę i przepasał się szalem, Abbie cały czas mu asystowała. Główny wśród braminów skupionych wokół Guruji rozpoczął recytację Upaniszady przypisanej rodowi Iyengarów. Wielki, brodaty Hindus z ciężkim złotym łańcuchem na szyi wyglądał bardziej jak Ali Baba, niż kapłan. Wyrzucał z siebie jedna z drugą sylaby, które układały się w rytmiczną recytację. Przygotowania się rozpoczęły. Na podeście zasiadło trzech kapłanów Vishnu. Z książkami w rękach rozpoczęli swoją pracę. W starciu z miażdżącą pod każdym względem siłą sziwaitów nie mieli szans – tak jak siła stwórcza – choćby nie wiem jak żywotna – którą symbolizuje Visznu zawsze musiała ulec rozkładowi i zniszczeniu, na straży którego stoi Sziwa. W przeciwieństwie do licznych i wielkich kapłanów Sziwy Visznuici wyglądali na wątłych i zasuszonych mnichów zen. Ich delikatny rysunek na czole tworzyły trzy linie – środkowa czerwona i zbiegające się u doły przy punkcie między brwiami dwie białe. Trzymali w rękach książki i w zderzeniu z chórem skandujących sziwaitów nie mieli szans. Wkrótce zresztą nasz Herszt otrzymał mikrofon i całe na wpół otwarte pomieszczenie wypełniło morze sanskryckich sylab i ich transowa wibracja.

 Guruji przeniósł się na krzesło – odetchnęłam z ulgą. Obok siedziała Gita ubrana jak zwykle na biało. Otoczenie Guruji właściwie niewiele się zmieniło – zostało przeniesione z jego naturalnego środowiska i nieco poszerzone. Prasiant również w białej kurcie i spodniach – oboje z Gitą poświecili swoje życie przekazywaniu wiedzy swojego ojca, nigdy nie założyli rodzin i stad ich biały strój – symbolizujący oddanie wyższemu celowi – Brachmacharię. Przez jakiś czas Gita lustrowała salę swoim przenikliwym spojrzeniem. Gawędziliśmy sobie swobodnie gestykulując. Prasiant pozostawał trochę z boku. Oboje pełnili tu role gospodarzy. Kiedy krzesła się zapełniły Gita i Prasiant obeszli salę witając gości w geście złożonych rąk przy czole. Prasiant był w swoim geście jakby trochę zdystansowany podczas, gdy Gita szczęśliwa, spontaniczna, z twarzą rozpromienioną uśmiechem. Powoli zaczęto gości zaganiać do stołów ustawionych w długie rzędy w pomieszczeniu w głębi – z tyłu miejsca ofiary. Menu charakterystyczne dla południowych Indii: czatnej z kokosa (kokos na ostro), sambar (czysta zupa pomidorowa na ostro), idli (placuszki z rozgotowanego ryżu), wada (kotleciki) i indyjski grysik z czili. Do tego czaj, czyli herbata z przyprawami i mlekiem – bardzo słodka. Jedzenie na nasz jednorazowy talerz lądowało z wiaderka wrzucane zgrabnym gestem przez przechadzającego się wzdłuż stołu bramina. Procedura rozdawnicza przebiegała niezwykle sprawnie. Po powrocie na miejsce Gita jak każda troskliwa matka ogłosiła, że należy iść na śniadanie, bo kolejny posiłek będzie dużo później.

Najwyraźniej to była jej część pracy – typowo kobieca. Prasiantowi przypadło w udziale objaśnienie procesu ofiarnego. Ponownie odniosłam wrażenie, że jest w swojej prezentacji w pewien sposób sceptyczny. Zakończył swoją wypowiedź stwierdzeniem – "I to tyle, co miałem w softwerze na dziś". No, więc co miał tam Prasiant?

Kiedy zapłonął ogień, miejsce Upaniszady zajął inny wedyjski hymn. Rozpoczęło ofiarowanie Ganesi – bóstwu kojarzonemu z dobrym początkiem – tzw. Ganapati Homa. Ganesia, bowiem jest patronem jednej z trzech sił powołujących świat do istnienia zgodnie z kosmologią wedyjską – jest nią łaska. Kult Ganesi jest bardzo silny w Maharastrze, gdzie większość życia spędził Iyengar (więcej o Ganesi w esejach z 2006 roku). Po tym nastąpiła Nakshatra Homa związana z tradycyjną astrologią indyjską – zapewne sięgającą korzeniami świętych ksiąg – dużo bogatszą niż nasza – zachodnia. Kolejna – Mrutyunjajaya Homa – na cześć mocy Sivy. Dwie następujące później ofiary związane były z Visznu. Dhanvantari Homa – poświęcona jego siłom stwórczym oraz Darsiana Homa – mocy umysłu. Ten aspekt Visznu przedstawia się jako boga z dyskiem na koniuszku palca – co ma symbolizować utrzymywanie świata w ryzach siłą umysłu. Od ognia, w którym stopniowo ginęły przygotowane do ofiarowania – ryż, kokosy, kwiaty, zasuszone krowie łajna – zaczęło się robić gorąco. Poranek już dawno zamienił się z dniem miejscami i na niebie wysoko jarzyło się złote słońce, przebywszy drogę do tego punktu przez mgiełkę z rzadkich chmurek. Goście zaczęli zdejmować szale, ale przede wszystkim rozdziali się już zupełnie do rosołu bramini okalający palenisko, zakasawszy również płachtę u nóg. Viszniuci zaś zdjąwszy szale z ramion poskładali je precyzyjnie opasali się nimi. Obserwując ten czyniony w skupieniu rytuał, pomyślałam, że sztuka skalania koców musiała mieć u zarania coś wspólnego z tą procedurą – na którą skazani są wszyscy mężczyźni chcący pozostać w zgodzie z tradycją zakazującą uczestniczącym w rytuałach religijnych noszenie odzieży szytej.

 W międzyczasie wielki bramin sziwaicki uzupełnił listę podaną nam przez Prasianta o Ayushya homę – odprawianą za kolejne 100 lat życia Guruji. Całość ofiary miała zakończyć Purnahuti, w trakcie której Guruji poddał się koronacji. Jeden z Visznuickich kapłanów o imieniu Lakszman nałożył Gurujiemu na głowę koronę ze szczerego srebra. Ramiona okryto mu purpurowym płaszczem a pierś udekorowano girlandą kwiatów w kolorze korespondującym z płaszczem. W tym stroju z ostatnią porcją ofiary z dłoniach Guruji chwilę pozował do zdjęć. Widać było, ze jest już zmęczony przedłużającą się ceremonią. Na koniec przez specjalny drewniany lej Guruji wlał ghee (klarowane masło) do ognia. I na szczęście po tym dano mu na chwilę spokój.

Rytualna ablucja

 Kiedy ogień pochłonął już co było do strawienia przyszedł czas na zmierzenie się z drugim potężnym żywiołem – wodą. Przenieśliśmy się na prośbę Gity poza zadaszenie chroniące nas już przed lejącym się z nieba żarem. Na trawnik wniesiono mosiężne dzbany z wodą z Gangesu i innych miejsc o znaczeniu religijnym. O ile rzędy krzeseł narzucały pewien podział na miejsce ofiary – rytuału i widownię o tyle tu zapanował prawdziwy chaos. Niewielka przestrzeń, jaka pozostała dla odprawienia rytuału ciasno otoczona gapiami – większości z nas uniemożliwiła zobaczenie czegokolwiek. Zdążyliśmy się spocić zanim rytuał się rozpoczął. Na szczęście jakiś litościwy bramin o szlachetnych rysach twarzy postanowił skropić również nas świętą wodą. Maczając pęk liści w dzbanie skrapiał nim tłum, jak ksiądz kropielnicą wiernych w kościele.

Nad Gurujim rozpięto płachtę, na której wylądowały precjoza z palców, nadgarstków, szyi członków rodziny. Chętnych do podzielenia się kosztownościami było tylu, że ojciec Abbie musiał zdecydowanym gestem powstrzymać falę napływających dóbr. Przez tę płachtę wlano wodę na głowę Guruji. Resztę wody zalegającej w dzbanach u jego stóp wylano mu na nogi. Guruji – w niektórych momentach wyglądał na naprawdę uradowanego tym pluskaniem. W tym upale – musiało mu to przynieść ulgę. Większość z nas chyba mu zwyczajnie tego zazdrościła.

 Po tym rytuale nastąpiła dłuższa przerwa. Ponieważ na tyłach pomieszczenia zbudowano ustrojoną w kwiaty konstrukcję w kształcie wagi, większość publiki obróciła krzesła twarzą do tej nowej atrakcji. Oczekiwaliśmy w napięciu. W końcu wprowadzono Guruji – odświeżonego i przebranego, aby poddać go rytuałowi tyleż symbolicznemu, co zabawnemu. Otóż Guruji usiadł na jednej z szal wagi a na przeciwnej umieszczono worek z jedzeniem i kosztownościami, który miał przeważyć Gurujiego. Kiedy szala wagi się uniosła i Guruji powędrował do góry jego twarz rozpromienił uśmiech – wyglądał jak rozradowane dziecko. Reakcje Guruji były nadzwyczaj spontaniczne tego dnia. Jak mi objaśniała ten rytuał moja współlokatorka Julia – miał on związek z Lakszmi – boginią bogactwa, powodzenia i ogólnie pojętych dóbr. Dobra wypełniające worek po drugiej stronie wagi miały symbolizować to, czym Guruji w swoim życiu nas obdarował – zarówno w wymiarze lokalnym jak i ogólnoludzkim. Jak wiemy – zrobił wiele w sensie materialnym aby wspomóc Bellur – wieś z której pochodzi. Jeszcze lepiej zdajemy sobie sprawę z tego, czym obdarzył nas – praktykujących jogę.

Sto lat…


Tą samą drogą wraz z orszakiem Guruji powrócił do miejsca, gdzie składano ofiary. Zasiadł na swoim krześle, które od naszych różniło się tylko kolorem. Było żółte – zupełnie jak sofa, na której siedział dwa lata wcześniej Sri Ravi Shankar na rozdaniu nagród, w którym uczestniczył też nasz Guru. Teraz już można było pokłonić się przed nim i w geście czci dotknąć jego stóp. Abbie dbała o to, by nikt nie zatrzymywał się dłużej niż kilka sekund. Wszystko przebiegło sprawnie.

Gita zaprosiła nas na obiad dodając, że nawet jeśli nie jesteśmy głodni powinniśmy przyjąć ten posiłek w prezencie. Stoły w pomieszczeniu w głębi były już gotowe. Udało nam się z Ewą załapać na tę pierwszą turę. Tym razem posiłek był serwowany na liściu bananowca, o którym Gita tyle razy wspominała na zajęciach starając się nam zobrazować pracę mięśni wokół kręgosłupa. Skropiliśmy liść wodą. A ta zamiast się rozlać po liściu zbiegła się szybko do postaci wielkich, mięsistych kropel rezydujących w kolonii omalże nie przylegając do liścia. Trzeba było im pomóc spełnić swoje zadanie chusteczką rozgramiając towarzystwo w drobinki do postaci płynnej. Ci sami bramini z wiaderkami kursując między stołami systematycznie zapełniali liść specjałami kuchni z Karnataki. Dwa rodzaje ryżu – w końcu ryż w tej kuchni to podstawa – jak wyjaśniła mi moja sąsiadka przy stole – miła Hinduska. Trzy rodzaje sosów, ze dwa, albo i trzy rodzaje warzyw, surówka, kotlecik warzywny, chrupki ziemniaczane i smażone chrupkie placki, pikle z niezidentyfikowanych owoców, o wyrafinowanym gorzkawym smaku. Na deser przepyszny czatnej z jakiegoś indyjskiego kabaczka i słodki napój z ciepłego mleka z kardamonem i innymi przyprawami korzennymi. Pychota – jedzenie było wyśmienite.

Kiedy wyszłam z pomieszczenia – oniemiałam z wrażenia. Zamiast chaosu plastikowych krzeseł i tłumu chętnych, aby złożyć pokłon zobaczyłam rzędy wąskich stołów nakryte papierowym obrusem a na nich jak zeszyty na ławkach – poukładane liście bananowca gotowe posłużyć za talerze. Kolejni głodni zajmowali swoje miejsca. Ustawiłam się w kolejce do stóp Guruji. Po chwili składałam ręce w geście namaskar spoglądając na niego i sprawdzając, czy mnie pamięta. Pod powiekami, które sekundę później opuściłam pozostał mi obraz jego łagodnie uśmiechniętej twarzy i zmęczonych oczu. Musnęłam stopy i usunęłam się robiąc miejsce następnym uczniom. Sto lat Guruji!
webmaster