Co potrafi joga? cz. 2

GEO 06/2013

Publikacja niniejszego artykułu, który ukazał się w magazynie GEO (6/2013) jest możliwa dzięki uprzejmej zgodzie wydawnictwa Gruner+Jahr AG & Co KG, Hamburg. Tłumaczenie: Jacek Żukowski, redakcja: Katarzyna Pilorz

Kobietę, która wie, dlaczego joga tak bardzo poprawia nasze samopoczucie, znajduję parę ulic dalej, w Boston University School of Medicine, na oddziale psychiatrii i neurologii. Gorączkowa szpitalna atmosfera, jeżdżące na sygnale karetki, ciągły stan pełnej gotowości. A profesor Streeter ze stoperem w ręku siedzi sobie w małym pomieszczeniu, zwanym „scanning suite”, i nadaje wydarzeniom rytm. Przed nią osoba uczestnicząca w badaniu. Plan na dziś: 60 minut jogi Iyengara według ściśle ustalonego scenariusza, każde ćwiczenie i każdy oddech są dokładnie zapisywane, a potem od razu do „tunelu”, czyli na badanie rezonansem magnetycznym.

 

Profesor Streeter ceni sobie niezbite dowody, a przy tym robi wrażenie totalnie zrelaksowanej. Jogę praktykuje już od siódmej klasy i twierdzi, że dzięki jodze zmieniła się jej percepcja. Głównym obszarem zainteresowań pani profesor jest kwas gamma-aminomasłowy (GABA), będący najważniejszym neuroprzekaźnikiem w ośrodkowym układzie nerwowym człowieka. GABA działa kojąco na neurony i łagodzi uczucie strachu. Alkohol i valium mają zdolność wiązania się z receptorami GABA i dlatego działają uspokajająco. Niskiemu poziomowi tego neuroprzekaźnika w mózgu często towarzyszy depresja.

Do badań profesor Streeter nawiązują niemal wszyscy prelegenci omawiający wzajemne relacje pomiędzy umysłem a ciałem. Pierwsze badanie polegało na pomiarze stężenia GABA u doświadczonych joginów przed godzinną sesją jogi i po niej. - Zaawansowani jogini wręcz tryskają kwasem gamma-aminomasłowym. - mówi profesor Streeter. Badanie pokazało, że poziom tego neuroprzekaźnika wzrósł u nich średnio o 27%, podczas gdy w grupie porównawczej nie stwierdzono żadnych zmian.

Podczas drugiego badania porównywano osoby uprawiające marsz z osobami ćwiczącymi jogę. Pierwsza grupa początkujących trzy razy w tygodniu odbywała marsze, a druga z taką samą częstotliwością ćwiczyła asany. W obu grupach odnotowano znaczny wzrost poziomu neuroprzekaźnika GABA, lecz w przypadku osób ćwiczących jogę wzrost był większy, a członkowie tej grupy czuli się lepiej. Co z tego wynika? Otóż joga potrafi sprawić coś, czego nie potrafi sport. Mówiąc innymi słowy, joga jest w tym lepsza od sportu.

W kolejnych, już rozpoczętych badaniach profesor Streeter planuje weryfikację osiągniętych wyników na większej grupie badanych oraz u osób cierpiących na depresję. Ponadto, zamierza ona wprowadzić więcej ćwiczeń oddechowych, gdyż trzeci filar jogi zdaje się jeszcze bardziej potęgować jej dobroczynny wpływ. Dlatego skontaktowała się z małżeństwem psychiatrów z nowojorskiego Columbia University, Richardem Brownem i Patricią Gerbarg, parą naukowców, która bada coś, co jest zupełnie za darmo – oddech -  i wciągnęła ich do współpracy.

 

„Jak pani oddycha?” Trochę irytuje mnie to pytanie, które słyszę, przekraczając próg domu pary psychiatrów w Kingston w stanie Nowy Jork. - Robię wdech i wydech, tak jak wszyscy inni. - odpowiadam. - Zachodowi - stwierdza Patricia Gerbarg - potrzebna jest kultura oddechu. To oczywiste. „Prana” oznacza siłę witalną, a „yama” - kontrolę. Zgodnie z teorią pranajamy świadome sterowaniem oddechem rozwija świadomość procesów przebiegających w umyśle i ciele. Stany emocjonalne manifestują się we wzorcach fizjologicznych. Strach prowadzi do spłycenia oddechu, osoba przestraszona wstrzymuje oddech, hiperwentylacja może nawet doprowadzić do utraty przytomności.

Ćwiczenia oddechowe pełnią funkcję łącznika między procesami mentalnymi a procesami mającymi miejsce w ciele. Szczególnie osoby zestresowane powinny przyswoić sobie główną zasadę, zalecającą spokojny, głęboki oddech. To nic trudnego, a ryzyko żadne. Aby go opanować, wystarczy 20 minut dziennie. Gdy jesteśmy spokojni, wykonujemy normalnie 10 do 20 cykli oddechowych na min. - Optymalna ilość wynosi pięć. – stwierdza Richard Brown. - Ćwiczenia oddechowe mogą wywoływać przyjemne uczucie wewnętrznego spokoju, to niepodważalny fakt. - dodaje Gerbarg.

Przez długi czas uważano, że przesycenie układu oddechowego tlenem pozwala osiągnąć stan spokoju. Patricia Gerbarg nie wierzy w tę teorię odkąd zapoznała się z pracą naukową poświęconą receptorom reagującym na rozciąganie znajdującym się w płucach, mięśniach i tkance oskrzeli. Przy każdym oddechu wysyłają one miliony impulsów poprzez nerw błędny, największy nerw parasympatycznego układu nerwowego, który steruje pracą niemal wszystkich narządów wewnętrznych i stanowi coś w rodzaju autostrady do mózgu, odwieczną magistralę komunikacyjną decydującą o naszym przeżyciu. Zwolnienie rytmu oddechu poprzez wykonywanie ćwiczeń wywiera bezpośredni i nad wyraz silny wpływ na mózg i ciało. - Dlatego - stwierdza Gerbarg - poprzez oddech możemy najpełniej dotrzeć do świata wewnętrznego człowieka.

Co to oznacza w praktyce, dowiaduję się na Uniwersytecie Kalifornijskim w Los Angeles. Uniwersytecki kampus pasuje jak ulał do tej krainy wiecznej szczęśliwości na Zachodnim Wybrzeżu. Laboratoria ukryte pomiędzy dostojnymi - otoczonymi krużgankami - murami, nowoczesne rzeźby pośród wiekowych drzew w parku, od Pacyfiku wieje lekka bryza, słońce na błękitnym niebie – jesteśmy w Kalifornii, dawnej kolebce ruchu „New Age”, a obecnie centrum badań nad jogą i miejscem kiełkowania nowych idei. Pośród falującego tłumu studentów stoi sobie młodzieniec, trzymając wysoko tablicę z napisem „A hug for free” - „Uścisk za friko”.
- Luzacki styl bycia to już przeżytek, teraz liczą się uczucia. - stwierdza, jak już czule wyściskał kilku nieznajomych.

W takim otoczeniu Helen Lavretsky stara się znaleźć odpowiedź na pytanie, ile jogi człowiek potrzebuje. Czy naprawdę trzeba godzinami wyginać członki, by poczuć jakieś pozytywne efekty? Cierpiąca na notoryczny brak czasu pani profesor w Semel Institute for Neuroscience and Human Behavior wzięła sobie teraz na celownik coraz to liczniejszą grupę osób będących potencjalnymi uczestnikami eksperymentu. Zazwyczaj są to kobiety, które opiekują się cierpiącymi na chorobę Alzheimera krewnymi. Owe „bohaterki niewyśpiewanych pieśni”, jak je nazywa Lavretsky, są znacznie bardziej narażone niż choroby niż przeciętny zjadacz chleba. Depresja, choroby układu krążenia i serca, wysoki współczynnik zachorowalności na raka i śmiertelności. A do tego dochodzi kolejny problem – mało czasu na życie osobiste.

Ile czasu trzeba ćwiczyć jogę? Połowa osób uczestniczących w badaniach profesor Lavretsky opanowała trwający zaledwie 12 minut zestaw łagodnych ćwiczeń jogi, wzbogacony o mające charakter medytacji ćwiczenia oddechowe, który wykonywały codziennie przez okres ośmiu tygodni. Zadanie drugiej grupy osób polegało na zajęciu wygodnej pozycji siedzącej i słuchaniu relaksacyjnej muzyki. Po zakończeniu badania w grupie osób praktykujących jogę stwierdzono znacznie mniej objawów depresji, wyższy poziom wskaźników powiązanych ze zdrowiem psychicznym i zdolnościami kognitywnymi niż u członków grupy słuchającej relaksacyjnej muzyki. A co nad wyraz ciekawe, w grupie osób praktykujących jogę stwierdzono również wyższy poziom aktywności telomerazy. Zadaniem tego enzymu jest dobudowywanie końców liniowych chromosomów, które ulegają skróceniu przy każdym podziale, co spowalnia proces starzenia.

Zespół badawczy profesor Lavretsky wziął pod lupę również substancję dziedziczną krwinek białych. Porównanie profili DNA wykonanych przed i po eksperymencie przyniosło niezwykły wynik - w 68 genach stwierdzono zmiany w poziomie aktywacji. Zwiększyła się produkcja protein w systemie odpornościowym, a zmalała ilość substancji zapalnych. - I to wszystko tylko dzięki ćwiczeniu jogi przez 12 minut dziennie bez żadnych karkołomnych wygibasów na macie. - podsumowuje Lavretsky.

Moje sceptyczne nastawienie z wolna mięknie. Czasami łapię się na tym, że oddycham bardziej świadomie i siedzę bardziej wyprostowana.

Parę kroków dalej, w Instytucie Psychologii, będącym przedostatnią stacją mojej wędrówki poznawczej, badający oddziaływanie jogi naukowcy stawiają kropkę nad i – joga nie może zastąpić medycyny, lecz czasami może zastąpić lekarstwa. Co więcej, może nawet pomóc ciężko chorym. Przykładem mogą być spływające tutaj dane z powszechnie uznanych badań dotyczących raka piersi, które opublikowane zostały w fachowym periodyku „Cancer”. Połowa pacjentek chodziła dwa razy w tygodniu na zajęcia jogi, a druga uczestniczyła w programie rekonwalescencji. U pacjentek z grupy ćwiczącej jogę wg metody Iyengara stwierdzono znaczne złagodzenie objawów syndromu chronicznego zmęczenia, owej tajemniczej, kradnącej chęć do życia choroby, na którą cierpi jedna trzecia pacjentek poddanych chemioterapii, a ponadto poprawę ogólnej kondycji fizycznej i umysłowej.

Gdy mój samolot ląduje w indyjskiej Punie, zastanawiam się, jakie tajemnice może skrywać ciało owego starca, który od siedemdziesięciu pięciu lat praktykuje jogę, naucza ją, żyje według jej zasad i sławi jej lecznicze właściwości. B.K.S. Iyengar, zaliczony przez „Time Magazine” do grona najbardziej wpływowych ludzi na świecie, idzie jeszcze dalej i twierdzi, że joga nie tylko ze swej natury ma właściwości lecznicze, lecz ponadto może służyć do terapii bezpośredniej chorób. Zakrawało więc na ironię losu, gdy tuż przed moim przyjazdem do Puny doszła mnie wiadomość, że wiekowy mistrz jest chory i jak wyznał swemu zausznikowi, po raz pierwszy w życiu jest cierpiący.

Ów tajemniczy, tryskający energią witalną staruszek, który jeszcze przed dwoma tygodniami sam prowadził zajęcia, każdego dnia przez piętnaście minut stał na głowie, a niedawno wrócił z serii wykładów w Chinach, które prowadził na zaproszenie miejscowego rządu. Ów światowy gwiazdor jogi, będący poniekąd ucieleśnieniem globalnej fascynacji jogą, po raz pierwszy w życiu nie jest w stanie powrócić do pełni sił po przebytym przeziębieniu. Że też akurat jemu, owemu propagatorowi prawidłowego oddechu, żółty od siarki smog w Punie należącej według lokalnych informacji do grona trzech miast na świecie o najwyższym poziomie zanieczyszczenia powietrza, nie pozwala na oddychanie pełną piersią.

Guruji, niemalże odseparowany od świata przez córki i wnuczkę w swym skromnym domu leżącym obok słynnego Instytutu Jogi, przekazuje słowa przeprosin. Mówią o nim, że jest świadomy każdego oddechu, a teraz nie jest w stanie wykrztusić z siebie nawet pół słowa. Lecz mimo tego jego obecność czuć w każdym miejscu – na klatce schodowej, w bibliotece, w biurze. Jego nazwisko widnieje na dyplomach, pucharach, jego twarz na zdjęciach obok papieży i prezydentów, pomiędzy którymi porozwieszana są listy i podziękowania od naukowców z całego świata, także z Kalifornii. Ściany w shali, owym królestwie asan, udekorowane są setkami zdjęć wszystkich pozycji jogi, które z „niedoścignioną precyzją” wykonane są przez samego mistrza.

Przez Instytut przewijają się tłumy pracowników, uczestników kursów mistrzowskich, nauczycieli i adeptów jogi, wielu z nich przechodząc rzuca wzrokiem na niewielki taras przed domem mistrza, na którym chętnie przebywa on w wolnych chwilach, kiedy nie wciska swego kolana w wykrzywione plecy lub silną ręką nie prostuje zapadniętych ramion czy też szorstkim tonem koryguje asystentów.

Ów „Lew z Puny”, który o medytujących godzinami joginach mówi, że „tylko przesiadują bezczynnie i bujają w obłokach” i nie mają bladego pojęcia o ciele, widziany oczami swych uczniów, jest całkowitym przeciwieństwem delikatnego, sentymentalnego staruszka. Mówią o nim, że jest szorstki, dziarski, dowcipny, spontaniczny, niekiedy dziwaczny, lecz zawsze pełen energii i szczery aż do bólu. A może i oświecony? Kiedyś miał powiedzieć, że „Człowiek oświecony nie wsiądzie do autobusu. Joga jest przeznaczona dla praktycznych ludzi z rzeczywistymi problemami.”

Gdy do shali przychodzą chorzy na swoją codzienną terapię, zewsząd dobiega ciche mruczenie, czasami rozlegają się pojękiwania. Sala ćwiczeń przypomina swym wyglądem dawną salę tortur. Ludziska, z głową w dół, zwisają na linach zawieszonych w suficie, inni mają kolana pozwiązywane paskami lub leżą pod stosem obciążników dociskających miednicę, kobiety niby wzięte w jasyr branki poprzywiązywane do kolumn – tak wygląda wynaleziona w Punie terapia jogą, ostatni krzyk mody w Stanach.

Obraz zmienia się dopiero po dokładniejszym przyjrzeniu się. Dla wielu z owych cierpiętników zdaje się to sprawiać przyjemność. Każdy z nich ma osobistego terapeutę, który go ciągle dotyka, podsuwa mu pomoce, jak np. drewniane klocki, i tak układa ławki, liny i paski, aby nawet najbardziej osłabiony pacjent mógł przebywać w asanie przez dłuższy czas. Tylko najbardziej doświadczonym nauczycielom, tym z wieloletnią praktyką i po zdaniu stosownych egzaminów, wolno tu pracować. Ich credo brzmi: po pierwsze zmobilizować i rozruszać wewnętrzny układ narządów człowieka, następnie otworzyć go, podjąć środki zaradcze i skorygować oraz nauczyć pacjenta, jak odszukać procesy lecznicze i je wspomagać.

Lekko przygarbiony, starszy pan uśmiecha się do mnie i mówi „Jeszcze żyję. Gdy przed wieloma laty trafił tutaj z chorobą Bechterewa, zesztywniającym zapaleniem stawów kręgosłupa, nie mogąc ruszyć ani ręką ani nogą i totalnie zdruzgotany przez ból, przez trzystopniowy proces leczenia przeprowadził go sam Iyengar. Tu ponaciskał, tam coś naciągnął, przyparł do ściany.
- Przez pierwsze trzy tygodnie myślałem, że jogin zwariował. - mówi dawny pacjent. - Lecz potem zacząłem się prostować. Skończyłem już 70 lat, nic mi nie dolega i każdego dnia przez 1,5 godziny ćwiczę jogę.

- Nie patyczkuję się z choróbskami, - rzekł kiedyś Iyengar - gdyż czasami bywają dość oporne. Kto praktykuje jogę, ten usuwa z ciała zielsko, aby ogród mógł ponownie rozkwitnąć. Podobne historie można tu usłyszeć od wielu ciężko chorych, dziwnym trafem jest wśród nich wielu lekarzy. Czyżby tylko przypadek? - Nic podobnego. - mówi Manoj A. Naik, młody klinicysta, który zdobywał wiedzę u Iyengara, a teraz go zastępuje. Ta pragmatyczna wersja jogi nie zajmuje się terapią duszy ani efektem placebo, lecz biologią, anatomią i neurofizjologią.

- To działa, nawet jeśli człowiek w to nie wierzy. - wyjaśnia internista. - Każdy pacjent ma swojego opiekuna i opracowany indywidualnie dla niego zestaw asan. Intensywne rozciąganie silnie oczyszcza organy wewnętrzne, stawy, włókna mięśniowe i ścięgna. Poszerzanie klatki piersiowej działa pobudzająco i aktywizuje układ krążenia, w tym również naczynia krwionośne w sercu. Stanie na głowie wykonywane na zawieszonych u sufitu linach chroni plecy, a jednocześnie wzmacnia układ krążenia. Skłony działają uspokajająco... Marzeniem Iyengara jest dożyć dni, kiedy naukowcy zbadaliby medyczne oddziaływanie poszczególnych asan i być może potwierdzili jego wiedzę.

Lecz to wszystko działa tylko wtedy, gdy towarzyszy mu ważny element - uważność. „Czuje pani dotyk ubrania na skórze? Proszę się skupić!” I rzeczywiście, gdy zamknę oczy i skieruję uwagę ku skórze, mogę go wyczuć - ów delikatny szelest włókien materiału lekko przylegającego do ciała, napięte ramiączka sukienki. Normalnie umysł ignoruje takie minimalne bodźce. Cała sztuka polega na tym, aby owe fizjologiczne odruchy móc pełniej odbierać wszystkimi zmysłami. Czy też jak mówią tutaj, wciągnąć ciało do głowy.

- Czy wie pani, że jej prawe ramię leży wyżej od lewego? - pyta mnie doktor Naik. Na podstawie ustawienia mojego ciała już zdążył postawić diagnozę. - Skrócone więzadła. - mówi. - Typowe dla osób pracujących za biurkiem. I zanim się obejrzałam, obwinął wokół mnie pasek, z całej siły ściągnął go u góry pleców, po czym, pomagając sobie nogą, zaczął mocno ciągnąć moje braki do tyłu i w dół, a mi polecił skierować oddech w to miejsce, gdzie występowały największe naprężenia. Po kilku minutach rwanie ustąpiło, a pojawiła się ulga, pierwszy sygnał uzdrowienia.

Ciągłe skupienie uwagi na jednym obiekcie, na oddechu, na ciele, na asanie prowadzi do trwałej zmiany w procesie myślenia. Mówiąc językiem naukowców badających mózg, w głowie tworzą się coraz to bardziej zróżnicowane „mapy ciała”. Człowiek zaczyna nagle postrzegać bodźce, których wcześniej nie był świadomy, co mu ułatwia kontrolowanie ich. Dotyczy to również uczucia bólu, agresji lub smutku. - Przy dłuższej praktyce - mówi dr Naik - zmienia się nawet nasze zachowanie, często niepostrzeżenie. Mamy apetyt na inne jedzenie, pociąga nas zdrowszy styl życia, świadomiej nawiązujemy przyjaźnie, czerpiemy większą radość z pracy. Praktykując jogę, może nawet tego nie zauważając, wchodzimy na ścieżkę profilaktyki zdrowotnej.

- Nie tylko rozciągamy nasze kończyny - mówi Iyengar, - lecz także rozszerzamy naszą świadomość. Jogini nazywają to transformacją, naukowcy – przeramowaniem. Jedni i drudzy nie mają jednak na myśli ani kondycji fizycznej ani adaptacji, aby jeszcze szybciej móc się obracać w kieracie codzienności. - Nie w tym rzecz. - podkreśla córka Iyengara, która mając 70 lat ciągle jeszcze prowadzi kursy mistrzowskie, i dodaje - Jogini po prostu wiedzą lepiej, kiedy trzeba przystopować i we właściwym momencie znajdują siłę, by sobie powiedzieć, teraz już dość.

Iyengar naucza, by nie składać siebie na stole ofiarnym życia. W Bellur, swej rodzinnej wiosce oddalonej o dwie godziny jazdy samochodem od Puny, z przychodów uzyskanych ze sprzedaży swego światowego bestselleru „Światło jogi” oraz licencji dla nauczycieli i szkół jogi działających w ponad 50 krajach na świecie sfinansował m. in. odbudowę starych świątyń oraz darmowe szkoły. Pod jednym warunkiem – wprowadzenia obowiązkowych zajęć jogi do programu nauczania.

Dzieci z Bellur już nie muszą harować w pobliskich kamieniołomach granitu. W międzyczasie powstały szkoły średnie i college, gdzie wykształcenie zdobywa około 1000 młodych ludzi z okolicy.

W ostatni dzień mojego pobytu w Punie zdarza się coś zupełnie nieoczekiwanego. Wieczorna cisza zaległa nad miastem, w powietrzu unosi się świergot ptaków i zagłusza uliczny hałas. Drzwi w domu Iyengara otwierają się, a w nich staje stary mistrz, powracający do zdrowia po przebytej chorobie. Wychodzi na zewnątrz, siada na krześle i przywołuje mnie do siebie skinieniem dłoni. Na życzenie rodziny wolno mi postawić tylko jedno pytanie, gdyż mówienie ciągle przychodzi mu z trudem. Spoglądam mu w oczy, które zdają się przeszywać mnie na wskroś. Jego słabe ciało pochyla się do przodu. O co można spytać żywotnego staruszka, który od prawie 80 lat zajmuje się jogą i wszystko już powiedział. Może o utopijną wizję, kwintesencję jego całego życia? Próbuję.

- Jaki byłby ten świat, gdyby wszyscy ludzie praktykowali jogę?

Odpowiedź nie przychodzi od razu, dopiero po chwili zadumy, lecz jest zwięzła i energiczna.

- Byłby to raj na ziemi.

 

Piękna myśl, której autor kiedyś miał powiedzieć, że joga jest muzyką duszy. Tak bardzo pragnę w to uwierzyć.

 

Kalendarz imprez

<<  Czerwiec 2018  >>
 Pn  Wt  Śr  Cz  Pt  So  N 
      1  2  3
  4  5  6  7  8  910
11121314151617
181920212223
 
webmaster