Nie pamiętam wspólnot, w których od początku było łatwo.
Pamiętam za to momenty, w których coś między ludźmi zaczynało żyć naprawdę.
Czasem wydarzało się to w ciszy.
Czasem po konflikcie.
Czasem wtedy, kiedy ktoś odważył się powiedzieć:
"Nie wiem, czy tu pasuję."
Albo:
"Myślę inaczej."
Przez lata byłam częścią różnych społeczności - kręgów NVC, środowisk jogi, kontakt improwizacji, grup uczących się i certyfikujących w duchu współpracy i dialogu. I chyba każda z tych przestrzeni uczyła mnie tego samego: Wspólnota nie tworzy się dlatego, że ludzie są podobni.
Tworzy się wtedy, kiedy znajdują w sobie gotowość, by pozostać w relacji mimo różnicy. To trudniejsze, niż brzmi. Bo kiedy ktoś myśli inaczej, porusza się inaczej, czuje inaczej niż my - bardzo często pierwszym odruchem nie jest ciekawość.
Jest napięcie.
Wycofanie.
Ocena.
Chęć przekonania albo zniknięcia.
I może właśnie dlatego tak wiele prób budowania wspólnot kończy się rozczarowaniem. Bo marzymy o bliskości, ale nie zawsze jesteśmy gotowi na dyskomfort, który ją poprzedza. M. Scott Peck pisał, że prawdziwa wspólnota nie zaczyna się od harmonii. Przechodzi przez chaos, różnicę, pustkę po naszych wyobrażeniach o tym, jak inni "powinni" być. Dopiero później pojawia się coś bardziej prawdziwego - miejsce, w którym ludzie nie muszą być identyczni, żeby móc być razem.
To porusza mnie szczególnie dziś, w świecie skrajnego indywidualizmu. W świecie, który jednocześnie mówi: "Bądź sobą" i "Dopasuj się, żeby przynależeć."
A przecież zdrowa wspólnota potrzebuje obu tych ruchów naraz. JA - które umie czuć siebie. I MY - które potrafi zrobić miejsce na więcej niż jedną prawdę. MY bez JA bardzo łatwo zamienia się w konformizm, tłum albo przemoc miękkiego nacisku.
JA bez MY często kończy się samotnością. Być może dojrzała wspólnota rodzi się właśnie w napięciu pomiędzy tymi dwoma biegunami. W praktyce oznacza to coś bardzo konkretnego:
Nie da się "mieć wspólnoty" jak produktu lub usługi. Wspólnota wydarza się tylko wtedy, kiedy ludzie współtworzą ją swoim wkładem:
Marshall Rosenberg przypominał, że większość z nas została nauczona osądzania bardziej niż słuchania. Dlatego Porozumienie bez Przemocy nie jest metodą "miłego komunikowania się". To praktyka pozostawania człowiekiem również wtedy, gdy jest trudno. To próba zobaczenia potrzeb - własnych i cudzych - zanim uruchomi się obrona, atak albo wycofanie. W dużych grupach widzę to szczególnie wyraźnie. Moment, w którym ludzie zaczynają oddychać trochę spokojniej, kiedy orientują się, że:
To często bardzo małe chwile:
Może właśnie z takich momentów powstaje tkanka wspólnoty. Nie z wielkich deklaracji. Z mikrodecyzji. Peter Block pisał, że wspólnota zaczyna się od zaproszenia, a nie kontroli. Od pytania, a nie od instrukcji. To bardzo zmienia perspektywę.
Bo zamiast pytać: "Jak sprawić, żeby ludzie się angażowali?"
Możemy zacząć pytać: "Jaką przestrzeń współtworzymy, że ludzie chcą w niej być naprawdę?"
A może jeszcze głębiej: "Jaki wkład ja sam(a) wnoszę do jakości relacji wokół siebie?"
Nie tylko wtedy, gdy jest lekko. Również wtedy, gdy pojawia się zmęczenie, konflikt, różnica albo rozczarowanie. Edward Groody mówi o przynależności jako o jednym z najgłębszych ludzkich doświadczeń. Nie chodzi jednak o przynależność opartą na zgodności. Raczej o doświadczenie: "Mogę tu być sobą i nadal pozostawać w relacji." To być może jedna z najrzadszych rzeczy, jakie możemy dziś sobie nawzajem dać.
Dlatego po tym spotkaniu bardziej niż odpowiedzi chciałabym zostawić pytania:
Bo może wspólnota nie jest miejscem, do którego się dochodzi. Może jest praktyką. Codzienną, niedoskonałą decyzją, by nie odwracać się od siebie zbyt szybko.
Co mogłoby się wydarzyć między ludźmi, gdybyśmy mniej próbowali być "idealni", a bardziej uczyli się pozostawać w kontakcie?
Z pokorą i w służbie wspólnotom, których jestem częścią,
Vesna Lorenc
www.just-be.com.pl
VL@just-be.com.pl
kom. +48 605 366 906